Zdzisław Józef Kijas
Wierzę w Boga…
Rok Święty.
1700-lecie Soboru Nicejskiego
W wierze jest wielka moc
Prawdziwa wiara, wiara w obecność dobrego i mocnego Boga, ma w sobie niewyobrażalnie wielką moc. Porusza mocno wierzącym, jego duszą i umysłem, jego życiem i tym, nad czym myśli, co robi i co planuje. Wiara jest bardzo ruchliwa, bardzo energiczna. Jedne drogi otwiera, a inne – które nie współgrają z nią – zamyka, bo autentyczna wiara nie działa byle jak, na oślep, tak od niechcenia czy od czasu do czasu. Wiara działa zawsze i mądrze, wszak w prawdziwej wierze obecna jest sama Mądrość, najlepszy Bóg. Stąd pełno w niej bogactwa, a zarazem zdumienia i zachwytu. Kto przygląda się temu z boku, kto wyznaje wiarę w Jezusa Chrystusa, nierzadko dziwi się, skąd wierzącego tyle mądrości życia, tyle siły i taka moc nadziei mimo trudności, tyle światła, chociaż wokół szaro i ciemno, jakby przyszłość stała pod znakiem zapytania.
Wiara to wielki, niesamowity cud. Jest cudem Bożej łaski, darem niezapracowanym i niezasłużonym. Do wiary nie dochodzi się własnymi siłami, ale przyjmuje się ją, kiedy jest ofiarowana, otwiera się przed nią drzwi serca i umysłu, kiedy stoi przed nimi i puka, i prosi o wejście, bo chce się rozgościć w życiu człowieka. I kiedy się zdecyduje, by ją przyjąć, wiara otwiera wówczas przed wierzącym szerokie bramy życia, maluje przed nim rozległe horyzonty rozwoju, stawia u jego boku przyjaciół, zaś największym z nich jest sam Bóg.
Wszystko to sprawia, że wiara staje się jakąś formą przywiązania. Wierzący przywiązuje się do Boga. Jest to przywiązanie z miłością i dobrowolne. Jest to miłosne przywiązanie. Kto wierzy, dzieli z Bogiem swoje życie i wszystko, co ono niesie, swoje radości i smutki, oczekiwania i trudności, ale także łzy, których w życiu nie brakuje, oraz nawiedzające jego lub bliskich choroby, cierpienie. Wierzący oddaje w ręce Boga swoje osobiste porażki i dziękuje Mu za odniesione zwycięstwa, wie bowiem, że On miał w nich ważki, niezaprzeczalny udział. W istocie dzieli z Bogiem, żywo obecnym i działającym w wierze, wszystko – swoją dolę, marności i uniesienia.
Wiara uczy wierzącego brać mądrze i odważnie na barki swój los, jakikolwiek on jest i kiedykolwiek się pojawia. Nigdy jednak nie zostawia człowieka w samotności. Nigdy też nie oddala się od niego zbyt daleko. Bóg, obecny w wierze, jakby był w utajnieniu i jawi się, kiedy okaże się nieodzowny, by podnieść na duchu, by człowiek nie załamał się pod ciężarem losu, pod ciężarem trudności życia, kiedy jego osobiste plany się nie powiodą, kiedy tak zgrabnie przemyślany plan się rozsypuje. Kiedy się więc podniesie z upadku czy rozczarowania, kiedy otrząśnie się z zawodu, jakiego doznał, bo jego zamysł oparty był na ludzkiej tylko logice, ogarnie go nawet radość. Cieszył się będzie i dziękował Bogu, że jego racjonalnie przemyślany ludzki plan okazał się próżnym trudem i tylko tym. Oto bowiem Boży plan jest lepszy o niebo. Po ludzku został pokonany, lecz stało się tak tylko po to, by mógł odrodzić się po Bożemu.
Kiedy pod koniec życia spoglądamy za siebie, patrząc na to, co było i czego nie udało się dokonać, mimo że chęci były wielkie, niejeden z nas powie, że wszystko to marność nad marnościami. Jedyne, co nią nie było, co się tak naprawdę liczyło i liczy, co było i jest ważne, to odkrycie, że było się po słusznej stronie życia, że było się w stanie kogoś całkowicie zaakceptować, do kogoś przywiązać i dzielić z nim radości i biedę. Wszystko to nie było marnością.
W autentycznej wierze Bóg akceptuje wierzącego ze wszystkim tym, kim jest, co robi, za czym tęskni i czego pragnie. Akceptuje go także wtedy, kiedy upada i kiedy grzeszy, lecz z grzechów i słabości stara się podźwignąć, oczyścić. Kiedy prosi gorąco Boga, by mu pomógł lub oddalał od niego pokusy. Z drugiej strony wiara apeluje, by człowiek „zaakceptował” Boga, przyjął Jego miłość, kiedy nie rozumie Bożych działań, kiedy w jego odczuciu stają się niepojętymi drogami, jakimi chodzi po świecie sam Stwórca.
Wiara daje wierzącemu nowe oczy. Nie pozwala mu być krótkowzrocznym, żyć tylko z dnia na dzień. Oczy, które ofiaruje wierzącemu wiara, widzą dalej i widzą głębiej. Sięgają poza horyzont ludzkich tylko zdarzeń, ziemskiej historii. Oczy wiary już teraz, kiedy człowiek jest jeszcze w ciele, dotykają nowej ziemi i nowego nieba (por. Ap 21,1).
Wiara ma w sobie wielką moc, bo jest pełna treści, prawd uporządkowanych. Nie wszystkie artykuły wiary są jasne dla ludzkiej tylko logiki, stąd apel o „wiarę”, czyli postawę zaufania w mądrość Bożą, przekraczającą niepomiernie mądrość stworzoną. W parze z wiarą, jako jej nieodłączne córki, idą nadzieja i miłość. Wierzący wyznaje Bożą miłość, która go nie oszuka, stąd jest pełen nadziei, że to, co obiecał mu Bóg, spełni się w „Bożym czasie”. Św. Cyryl Jerozolimski wyjaśniał poniekąd bogactwo wiary, nie zawsze jasnej dla ludzkiej inteligencji, zawarte w Credo:
„Bo nie ludzkie upodobanie je sporządziło, lecz są w nim zebrane w jedną całość najważniejsze nauki całego Pisma Świętego. Jak małe ziarnko gorczyczne kryje w sobie wiele gałęzi, tak i tu wyznanie wiary w niewielu słowach zawiera całą religijną znajomość Starego i Nowego Testamentu” .
Wierzę w Boga (Symbol [Skład] apostolski)
W Kościele pierwszych wieków, kiedy chrztu udzielano osobom dorosłym, przygotowujący się do przyjęcia tego sakramentu otrzymywał symbol wiary. Jego obowiązkiem było z kolei wyrecytować go w momencie, gdy udzielano mu chrztu. Dawał w ten sposób dowód na to, że jest świadomy, co wyznaje oraz czego oczekuje od niego Bóg i wspólnota kościelna, do której wchodził poprzez sakrament chrztu. Obrzęd składał się z dwóch części. Jego pierwszym aktem było przekazanie symbolu (traditio symboli), drugim zaś – jego proklamacja (redditio symboli). Oto właśnie tekst symbolu, zwany Składem [Symbolem] apostolskim:
Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi. I w Jezusa Chrystusa, Syna Jego Jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny, umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion, zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał, wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga, Ojca wszechmogącego, stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.
Św. Augustyn, ponadczasowy nauczyciel wiary, nawiązując do powyższego obrzędu, mówił:
„Skład apostolski był dla męczenników rzeczą świętą, którą i wy otrzymaliście […]. Są to słowa, na których opiera się jak na stałym fundamencie wiara Matki-Kościoła, a fundamentem tym jest Jezus Chrystus Pan. […] Otrzymaliście więc i powierzyliście to, co wiernie powinniście naśladować, co w duszy i w sercu powinniście zachowywać, co powinniście na łożach waszych odmawiać, o czym myślicie na placach i w miejscach publicznych, o czym także i podczas posiłków waszych nie zapominajcie, strzeżcie tego w sercu, chociaż ciało zasypia” .
Skład Apostolski, czyli Wierzę w Boga, czy też Credo, o którym będę pisał w niniejszej książce, jest najstarszym wyznaniem wiary w Kościele katolickim. Dokładne pochodzenie Składu jest nieznane. Wielu jednak uważa, że rozwinął się on z wcześniejszego wyznania chrzcielnego używanego w Rzymie w II wieku n.e. Skład apostolski przytaczany jest w różnych kontekstach liturgicznych, takich jak: Msza święta, chrzest, sakrament bierzmowania, sakrament małżeństwa, nabożeństwa pokutne, prywatne modlitwy. Używany jest m.in. w Kościele katolickim, Kościołach starokatolickich, u anglikanów i we wspólnotach protestanckich.
* * *
Zamieszczone w niniejszej książce komentarze do Składu Apostolskiego publikowane były w roku 2024 na łamach „Rycerza Niepokalanej”. Pragnę wyrazić wdzięczność o. Piotrowi Szczepańskiemu za możliwość ich publikacji w obecnej formie. Wdzięczny jestem również Wydawnictwu Bernardinum za ich publikację w obecnej formie.
Rok 2025, który się rozpoczął, przynajmniej z dwóch względów jest szczególny dla wiary i chrześcijańskiego Credo. 24 grudnia roku ubiegłego papież Franciszek otworzył Drzwi Święte (Porta Sancta) bazyliki św. Piotra, rozpoczynając przez to Rok Jubileuszowy 2025 pod hasłem „Pielgrzymi nadziei” . Ceremonię otwarcia Drzwi Świętych podczas Roku Świętego wprowadził papież Aleksander VI Borgia, przy okazji Roku Świętego 1500. Symboliczne znaczenie tego gestu nawiązuje do fragmentu Ewangelii św. Jana, zawierającego słowa Jezusa: „Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony – wejdzie i wyjdzie, i znajdzie paszę” (J 10,7–9). Chrystus mówi o sobie jako o drzwiach, które są przejściem dla tych wszystkich, którzy chcą za Nim podążać i znaleźć w Nim odkupienie oraz odpuszczenie grzechów. On bowiem jest „drogą, prawdą i życiem” (J 14,6).
W rozpoczętym roku przypada ponadto 1700-lecie Wielkiego Synodu, jakim był dla Kościoła Sobór Nicejski, zwołany w 325 roku. Jego owocem jest m.in. Nicejskie wyznanie wiary, nazywane także Symbolem 318 ojców. Credo, jakie zostało opracowane przez uczestników tamtego Synodu, zawarło zasadnicze elementy chrześcijańskiej wiary, w tym przede wszystkim termin „współistotny” (homoousion). Podkreśliło tożsamość w boskiej naturze Ojca i Syna, Jezusa Chrystusa.
Chcę ufać, że lektura niniejszej pozycji pozwoli czytelnikowi głębiej wejść w bogactwo chrześcijańskiej wiary i będzie pomocna w przeżywaniu Roku Jubileuszowego.
1. Wierzę
O wierze nie można rozprawiać „z zewnątrz” i w sposób ogólny, lecz zawsze personalny, mocno osobisty. Mówi się więc: „Ja wierzę”, nie zaś „wierzy się”. Ważne jest, że ja wierzę i w co wierzę, na drugi plan przechodzi kwestia, co robią inni i w co oni wierzą, jak się zachowują, jakie wybory podejmują. O wierze, jej treści i wymaganiach, nie można mówić z pozycji kibica. Nie można komentować jej treści w taki sam sposób, w jaki komentuje się przebieg gry piłki nożnej. Trzeba zejść z trybuny i włączyć się do gry. Grając, należy z kolei skupić się na piłce, nie zaś na siedzących obok kibicach, z których jedni być może klaszczą i dopingują, inni zaś – kibice drużyny przeciwnej – gwiżdżą i zniechęcają do gry i zdobycia bramki. Najlepszym piłkarzem jest ten, kto nie zwraca uwagi na zachowanie trybun, lecz koncentruje się na piłce, kto wie, co z nią zrobić, komu podać lub jak strzelić gola. Koncentracja jest ważna. Moje skupienie się na wierze jest najważniejsze, bez oglądania się na innych.
Historia opowiada o dziewczynie, która przeszła obok modlącego się, co było niedopuszczalne. Kiedy dziewczyna wracała, ów modlący się powiedział do niej:
– Co za zuchwałość! Czy wiesz, co zrobiłaś?
– Nie miałam nic złego na myśli – odparła dziewczyna. – Ale powiedz mi, proszę – dodała zarazem – czym dla ciebie jest modlitwa?
– Dla mnie modlić się znaczy myśleć o Bogu – odrzekł ów człowiek.
– Och, ja tylko szłam zobaczyć się z moim ukochanym i byłam tak pogrążona w myślach o nim, że wcale cię nie zauważyłam – odpowiedziała dziewczyna. – Jak więc ty mogłeś mnie dostrzec, kiedy myślałeś o Bogu?
Z wiarą jest podobnie. Trzeba „pogrążyć się” w niej sercem i umysłem, wręcz całym życiem. Kiedy ktoś chce poznać treści wiary, używając wyłącznie rozumu, wiele elementów może wydać mu się sprzecznych, trudnych, wręcz nie do przyjęcia. Nie można też poznawać wiary, korzystając wyłącznie z siły serca, które może być subiektywne, emocjonalne, podatne na zmienne nastroje.
Wiarę poznawać trzeba przez całe życie. Dla początkujących wydać się może bowiem niczym bryła skalna: twarda, chłodna, w jednym kształcie, bez jasnego oblicza, bez formy, może nawet chłodna, chropowata, nieprzyjemna, wręcz obca. Lecz kto zbliży się do niej, przyjmuje i żyje według jej wskazań, temu wiara odsłania swoje piękno i siłę. Wierzący odkrywa z wolna, że życie jest niczym dłuto rzeźbiarza i obrabia bryłę marmuru, jaką jest wiara. Zaczyna wydobywać z niej piękne kształty, formy dotąd nieobecne, treści ukryte, duchową moc i mądrość. Tak rzeźbili wiarę święci. Odkrywali w niej siłę do wielkiej miłości czy cierpliwości, gotowość niesienia pomocy potrzebującym czy opieki nad chorymi itd. Św. Maksymilian Kolbe odkrył w wierze siłę do niezwykłej aktywności misyjnej i wydawniczej, ale też moc do miłości bliźniego. W obozie koncentracyjnym w Auschwitz był gotów oddać z miłości życie, aby uratować życie ojca i męża – Franciszka Gajowniczka. Moc do tego czerpał z wiary, bogatej w miłość i nadzieję.
Wiara posiada wiele wspólnego z miłością. Jest w ciągłym rozwoju. Z dnia na dzień staje się bogatsza, podobnie jak miłość. Miłość wieku średniego, chociaż inna od miłości osoby dojrzałej, jest zawsze miłością tej samej osoby. Z wiarą jest podobnie. Ona także intensywnie się rozwija. Z upływem czasu wierzący coraz lepiej poznaje wiarę, a ona jego. Zbliżają się do siebie, przenikają się nawzajem. W wierze człowiek miłuje Boga i Bóg kocha człowieka, na przepadłe – jak zwykła mówić bł. Sancja Szymkowiak. Człowiek i wiara wychodzą sobie na spotkanie, a kiedy się spotkają, idą razem przez życie. Odtąd nic i nikt człowieka nie przeraża. Wszędzie bowiem widzi piękną obecność i działanie Boga: w zdrowiu i chorobie, w radościach i smutkach, w pomyślności i cierpieniu itd. Jego myśli utkwione są w Bogu zawsze, gdy wokół szaleje wojna czy panoszy się niesprawiedliwość. Pełno w nim nadziei, że Bóg przywróci zgodę i uciszy czyniących krzywdę. Powtarza słowa św. Pawła: „Jeżeli Bóg jest za nami, któż przeciwko nam?” (Rz 8,31).
Wiara jest też jakąś formą posiadania. Jezus zwraca się do apostołów słowami: „Gdybyście mieli wiarę” (Łk 17,6). Bardziej niż wyznawaniem, wiara jest więc jakimś zamieszkiwaniem, przebywaniem w Bogu. Wiarę posiada się w podobny sposób, w jaki posiada np. dom, obszerne mieszkanie, gdzie człowiek czuje się dobrze, bezpiecznie, „u siebie”. I chociaż na zewnątrz deszczowo czy zimno, on czuje się dobrze w swoim suchym i przytulnym mieszkaniu.
Lecz o dom, nawet solidny i nowo zbudowany, trzeba dbać. Trzeba go ciągle doglądać, sprawdzać, czy jest szczelny, czy gdzieś nie wkrada się wilgoć, czy okna są solidne itd. Analogicznie jest z wiarą. Nie wystarczy ją „mieć”, trzeba nieustannie jej doglądać, sprawdzać, czy jest nadal solidna, piękna, czy jest źródłem nadziei, siły, odwagi miłości czy przebaczenia, czy jest wystraczająco mocna, aby oprzeć się różnym burzom, które niesie życie. W istocie trzeba się ciągle o wiarę modlić, aby jej nie stracić, nie zubożyć, nie zbanalizować.
2. …w Boga
Wyznając swoją wiarę, wierzący mówi, że wierzy w pierwszym rzędzie w Boga. Oznacza to, że zanim zacznie wierzyć w siebie, swoją inteligencję, materialne zasoby, wysoko postawionych i wpływowych przyjaciół itd., wierzy najpierw w Boga. Dopiero potem, jakby w nawiązaniu do wiary w Boga, człowiek może powiedzieć, że wierzy również w siebie. Wierzy więc, że chociaż jest źle, będzie lepiej, że choruje, ale może zostać uleczony, że jest wojna, lecz jest nadzieja na pokój. Dlaczego tak myśli? Skąd u niego taka nadzieja? Bo wierzy w Boga. Wiara rodzi w nim przekonanie, że On – Bóg dobry i mocny – jest Panem historii, że On panuje nad wszystkim i wszystko doprowadza do pozytywnego zwieńczenia. Wierzący ufa słowom Boga, który obiecał, że będzie z nim na zawsze, „aż do skończenia świata” (Mt 28,20), stąd – jeśli nawet niewidzialny – Bóg istnieje i panuje nad swoim stworzeniem.
Ktoś mądry powiedział kiedyś, że jest tylko jedna zasługa i jeden grzech na ścieżce człowieka – świadomość Boga i jej brak. Żaden komentarz nie jest w stanie oddać prawdziwości tego stwierdzenia. Uczy tego osobiste doświadczenie i kontemplacja. Kiedy człowiek jest świadom Boga, kiedy w Niego wierzy, to tak jakby otwierał okno, przez które patrzy w niebo, a kiedy o Nim zapomina, kiedy w Niego nie wierzy, okno zostaje zamknięte. Wszelkie troski człowieka pochodzą z braku wiedzy o tym. Tu jest źródło całego cierpienia. Myślenie o Bogu, że jest, że jest dobry, potężny, troszczący się o człowieka, pomagający mu oddalić cierpienie, pokonać swoich wrogów, ofiarujący mu życie wieczne… zmniejsza ból ludzkiej egzystencji, jest wielkim, najlepszym lekarstwem dla życia. Kiedy natomiast brak tej świadomości, kiedy człowiek nie wierzy w Boga, odczuwa przygnębiającą samotność i opuszczenie. Nie widzi jasno wyjścia z trudności, jakie niesie życie, z sytuacji niesprawiedliwej, której doświadcza, choroby czy cierpienia. Jest wówczas wyłącznie on sam i nieszczęście.
Wiara otwiera wierzącego na niebo. Każe mu patrzeć w stronę Boga, skąd przychodzi dla niego pomoc. Dzielił się swoim doświadczeniem psalmista: „Wznoszę swe oczy ku górom: skądże nadejdzie mi pomoc? Pomoc mi przyjdzie od Pana, co stworzył niebo i ziemię. On nie pozwoli zachwiać się twej nodze ani się zdrzemnie Ten, który cię strzeże. Oto nie zdrzemnie się ani nie zaśnie” (Ps 121(120),1–4).
Wiara w Boga daje wierzącemu duchowe skrzydła. Dzięki nim może wzbijać się wysoko, nad wszystko, czego sam doświadcza, co przeżywają jego bliscy, co spotyka Kościół czy świat, i widzieć wszystko jakby „oczami” dobrego i potężnego Boga, jedynego Pana wszystkiego. Bruno Ferrero opowiedział bajkę o gołębicy, pomocną także dla nas, dla zrozumienia, jaką siłę daje wiara w Boga. Bajka mówi, że gołębica została stworzona dopiero niedawno, ale ciągle się skarżyła. Dobry Bóg przyjął ją w swym wspaniałym ogrodzie.
– Panie wszechświata, jakiś kot ciągłe mnie śledzi i chce mnie zabić i pożreć. Dlatego ja spędzam dni na rozpaczliwej ucieczce, posługując się nic nie wartymi nóżkami, które mi dałeś!
Stworzyciel ulitował się nad gołębicą i podarował jej piękne, silne skrzydła. Po kilku dniach wróciła ona jednak do dobrego Boga, płacząc:
– Panie wszechświata, kot nadał mnie prześladuje, a teraz, z tymi skrzydłami na plecach, jest mi jeszcze trudniej uciekać. Są ciężkie i przeszkadzają, a z moimi krótkimi i słabymi nóżkami jest coraz gorzej!
Stworzyciel uśmiechnął się i powiedział:
– Moja gołębico, nie po to dałem ci skrzydła, abyś nosiła je na plecach, ale po to, aby one uniosły cię do nieba!
Pewna kobieta śniła, że weszła do nowiutkiego sklepu na rynku i ku swemu zdziwieniu zobaczyła Boga za ladą.
– Co tu sprzedajesz? – spytała.
– Wszystko, co tylko chcesz – rzekł Bóg.
Ledwie ośmielając się wierzyć własnym uszom, kobieta postanowiła poprosić o najlepsze rzeczy, o których człowiek może tylko marzyć.
– Chcę pokoju umysłu i miłości, i szczęścia, i mądrości, i wolności od lęku.
I potem, jakby po namyśle, dodała:
– Nie tylko dla siebie, dla każdego na ziemi.
Bóg uśmiechnął się.
– Myślę, że źle mnie zrozumiałaś, moja droga – powiedział. – Nie sprzedajemy tu owoców, tylko nasiona.
Tym właśnie jest wiara w Boga – jest nasieniem, z którego wyrasta pokój umysłu i miłość, szczęście i mądrość, wolność od lęku i nadzieja na życie wieczne.
Kiedy więc ktoś zapyta, czy istnieje jakiś rodzaj „wiarometru”, narzędzia do mierzenia wiary – czy jest i jakie jest – można odpowiedzieć, że „wiarometrem” jest codzienne życie wierzącego. Wszak Jezus powiedział, że wiarę poznaje się po owocach. Mówił: „Nie może dobre drzewo wydać złych owoców, ani złe drzewo wydać dobrych owoców” (Mt 7,18).
3. Ojca Wszechmogącego
Boga nie trzeba się bać, nie trzeba przed Nim uciekać czy się ukrywać. Nie życzy nam źle, ale wyłącznie dobrze. Jest Ojcem, który kocha to, co stworzył. Jezus Chrystus objawił, że Bóg jest Ojcem kochającym. Nie trzyma dzieci przy sobie na siłę, ale gdy sobie pójdą, a potem się pogubią, zawsze jest gotowy przyjąć je z powrotem do domu. Ilustruje to przypowieść o dwóch braciach, zwana też przypowieścią o ojcu miłosiernym lub o synu marnotrawnym (Łk 15,11–32). Mało tego, Ojciec nie ogranicza swojej miłości tylko do tych, którzy do Niego wracają. Jezus mówi w Ewangelii: „A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5,44–45). „Wszechmiłosierny i pełen dobroci Ojciec lituje się nad wszystkimi, którzy się Go boją, łaskawie i życzliwie udziela swoich łask wszystkim, którzy ze szczerym sercem przychodzą do Niego” – pisał św. Klemens Rzymski (List do Koryntian 23,1). Kiedy apostołowie prosili Jezusa, aby nauczył ich modlitwy, powiedział: „Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię” (Łk 11,2).
Bóg jest Ojcem pełnym miłości. „Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim” (1 J 4,16). Bóg jest Ojcem i do tego „wszechmocnym”. Co to oznacza? Ojciec E. Ronchi wyjaśnia, że słowo „wszechmocny”, które uporczywie powtarzane jest w liturgii, nigdy nie pojawia się w Ewangelii i nigdy też nie pojawia się na ustach Jezusa jako atrybut Boga. Jezus, kiedy mówi o Bogu, opowiada nie o Jego wszechmocy, ale o Jego czułości, o Jego ujmującej czułości. Ponieważ Bóg jest miłością, dlatego nie może wszystkiego, może tylko to, co może miłość. „Jego moc to nie moc chirurga, który działa i usuwa ból, ani moc wojska, które niszczy nieprzyjaciół, ani moc wulkanu, który zmienia geografię całej wyspy”. Moc Boga da się porównać z mocą nasionka, z mocą kochanka czy mocą matki czuwającej obok chorego dziecka, którego nie może uleczyć, ale stoi obok niego, nie odchodzi, trwa jedno serce przy drugim. Siła, bezpieczeństwo, wytrwała obecność. „Bóg nie jest ‘Wszechmocnym, który kocha’, królem o władzy absolutnej, który ośmiela się kochać”. On jest „Miłością wszechmocną, która może kochać swoje stworzenie do samego końca, do głębi, bez granic, jak nikt inny (por. J 15,13). On kocha jako pierwszy, kocha i jest na minusie, kocha, nie dostając nic w zamian. Bóg, który może tylko to, co może miłość”. Miłość Boga do nas, ale też do świata, całego stworzenia, stąd do wszechświata, jest piękna, uwalnia ze strachu, rozbudza wolność, rodzi nadzieję, przywraca radość. Bóg, który jest wszechkochającą Miłością, przychodzi do mnie, aby mi powiedzieć, żebym przestał się bać. On prosi mnie też, abym nikogo już nie straszył Bogiem i abym sam wyzwalał się ze strachu, jeżeli mu uległem.
„Każda miłość na ziemi to uśmiech Boga” – powiedział ktoś kiedyś. I tak właśnie jest. Boga nie możemy poznać inaczej, jak przez miłość. Gdyby ktoś prosił Boga, aby pozwolił mu spojrzeć na siebie, chociażby tylko raz, aby ukoić swoją tęsknotę za Nim, Bóg odpowiedziałby mu słowami poezji, że jest ukryty w słowach, jak perfumy w płatkach kwiatów. Trzeba uwierzyć, że Bóg jest Miłością. Wytrwać również w mrokach życia, mieć pewność, że On jest w mojej łodzi życia, że łączy swój oddech z moim, swój kurs z moim. Możliwe, że śpi. Możliwe, że milczy. Ale jeśli mówi – to z miłości, a jeśli milczy – to też z miłości.
Ojciec Wszechmocny czuwa, by Ziemia mogła istnieć, by ludzie mogli żyć, by mogli marzyć o lepszym świecie, by mogli mieć nadzieję na pokój, kiedy wokół panuje wojenna zawierucha, na radość, kiedy dotyka ich smutek, na zgodę w czasie niezgody, pojednanie w doświadczeniu kłótni czy nienawiści. Ktoś musi czuwać, aby świat nie utonął w ciemności, a życie odniosło zwycięstwo nad śmiercią. Tym Czuwającym jest Ojciec Wszechmocny. A ponieważ jest Miłością, dlatego tylko „miłość jest twórcza”. Wiedział o tym św. Maksymilian i często o tym mówił. „Nienawiść nie jest siłą twórczą. SIŁĄ TWÓRCZĄ JEST MIŁOŚĆ” – szeptał Kolbe do współwięźniów w baraku obozu koncentracyjnego Auschwitz.
Boża miłość jest wszechmocna, może wszystko, co może miłość. Takiego Boga wyznaje chrześcijanin i pragnie Go z całej duszy. Prosił Psalmista: „Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam; Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało, jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody” (Ps 63[62], 2). Szukać Go trzeba przez całe życie we wszystkim, co się przeżywa, czego się doświadcza. Trzeba Go szukać w ludziach, w przyrodzie i w pracy, w cierpieniu i w radości. Lecz przede wszystkim szukać Go trzeba w miłości. Modlitwa jest szczególną formą szukania i odkrywania obecności Boga – Ojca Wszechmogącego.
4. Stworzyciela nieba i ziemi
Credo chrześcijańskie wyznaje, że Bóg jest Stwórcą, nie człowiek. Bóg jest źródłem i początkiem każdego życia, na niebie i na ziemi, początkiem rzeczy widzialnych i niewidzialnych, nieba i ziemi. Pierwsza księga Biblii – Księga Rodzaju – opowiada o początkach świata i symbolicznie mówi, że Bóg stworzył wszystko w ciągu jednego tygodnia. Autor tej Księgi pisze, że życie wylewało się ze Stwórcy z mądrością i miłością poprzez Jego słowo i czyny: „Bóg rzekł… i stało się” (Rdz 1,1–24). Biblijny opis stworzenia nie jest historią początków. Nie jest kroniką tego, co oglądamy. Jest on bardziej hymnem uwielbienia na cześć mądrości i potęgi Stwórcy, Boga, który jest jedynym Dawcą życia.
Dlaczego to uczynił? Dlaczego Bóg stworzył niebo i ziemię? Czy miał do tego jakiś powód? A może został do tego zmuszony? Ktoś lub coś zmusiło Go do tego? To ważne pytania. Odpowiedzi na nie udziela święty Jan Ewangelista. Pisze w sposób jasny i prosty o źródle życia. Wskazuje powód, dla którego istnieję ja, inni ludzie, aniołowie, cały świat. Ewangelista pisze, że „myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam. Bóg jest miłością” (1J 4,16). Ponieważ Bóg jest Miłością, dlatego stwarza świat nie pod przymusem, nie ze ślepej konieczności, nie przypadkowo, nie dla egoistycznej korzyści, nie z kaprysu. W żadnym wypadku! Stworzył niebo i ziemię dobrowolnie, z miłości, poruszony wyłącznie bezgraniczną dobrocią. I nie oczekuje niczego w zamian. Bóg stworzył wszystko nie po to, aby świat i ludzie Mu służyli, aby Go kochali. To absolutnie nie było powodem stworzenia. Gdyby tak rzeczywiście było, oznaczałoby, że Bóg miałby w stworzeniu określony interes, że chciał coś zyskać, o coś się wzbogacić (czyli o sługi). Ale nic takiego Bogiem nie powodowało. Bóg nie miał żadnego interesu w stworzeniu. Powołał wszystko do istnienia tylko dlatego, żeby nas kochać. Czysta, bezinteresowna miłość była wyłącznym źródłem i powodem stworzenia świata.
Wiara chrześcijańska wyznaje Jedynego, który żyje w tajemnicy Ojca, Syna i Ducha Świętego. Dlaczego – ktoś zapyta – nasz Bóg jest właśnie taki? Bo autentyczna miłość nie może istnieć inaczej, jak w relacji między osobami. Nie można kocha próżni. Nie można nawiązywać relacji z nikim, kto nie istnieje. W prawdziwej miłości jest zawsze ten, kto kocha, i osoba lub coś, co się kocha. E. Husserl pisał, że „nie ma poznania, które nie byłoby poznaniem kogoś lub czegoś”.
Nasz Bóg nie jest sam, nie jest wielkim samotnikiem, zamkniętym w sobie, bez radości czy bez uśmiechu. Przeciwnie, jest Bogiem pełnym życia w sobie, z którym dobrowolnie dzieli się ze swoim stworzeniem. W tajemnicy Ojca, Syna i Ducha Świętego jest bogactwo relacji, odniesień, wymiany darów itd., i czymś podobnym Bóg dzieli się ze swoim stworzeniem. Przywołany wcześniej św. Jan pisze, że „w tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował” i że „my miłujemy Boga, ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował” (1J 4,10.19). Zostaliśmy stworzeni z miłości dla miłości. Naturą miłości jest dawać się dobrowolnie, obdarzać innych tym, co się posiada, i bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. Modliła się św. Katarzyna ze Sieny:
Dlaczego zatem, Ojcze Niebieski, stworzyłeś człowieka? Bardzo mnie to dziwi. Widzę – bo Ty mi pokazujesz – że nie uczyniłbyś tego, gdybyś nie ujrzał w swojej światłości, że ogień miłości zmusza Cię do obdarzenia nas bytem, pomimo wszystkich nieprawości, jakie mieliśmy potem wyrządzić Tobie, Ojcze i Stworzycielu. Tak więc to ten ogień Cię zmusił. Niewysłowiona Miłości, w swojej światłości widziałeś wyraźnie wszystkie niecne uczynki, jakimi stworzenia miały obrazić Twą nieskończoną dobroć. […] Upojony miłością, z samego siebie wydobyłeś stworzenie i dałeś mu byt na swój obraz i podobieństwo” (Modlitwa IV, Rzym, 18 lutego 1379).
Miłość Boża jest bezgraniczna. Obejmuje człowieka, świat aniołów i cały wszechświat. Bóg jest miłością, która „wprawia w ruch słońce i gwiazdy” – pisał Dante Alighieri. Miłość Boga nigdy się nie wypala, nigdy nie słabnie, nigdy się nie skrywa i nic nie jest w stanie jej przyćmić. Jest ona zawsze pełna żaru, pełna energii, dlatego wszystko – całe stworzenie widzialne i niewidzialne – jest podtrzymywane przez nią. Nic nie rodzi się bez miłości i nic nie istnieje bez niej.
Ponieważ nasz Bóg jest Miłością i wszystko powołał do życia z miłości, stąd człowiek nie może już bez niej żyć. Bez miłości jego życie nie ma sensu. Nie pragnie się go, jeśli nie jest ono obietnicą spotkania i doświadczenia miłości. Uczył św. Jan Paweł II, że „człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie jest pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób swoją, jeśli nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa”. W parze z miłością idzie wdzięczność, kto więc nie umie, nie potrafi czy też nie chce dziękować, nie potrafi też kochać. Wdzięczność jest śpiewem miłości. Jest też najpiękniejszą odpowiedzią człowieka na miłość Boga.
5. I w Jezusa Chrystusa, Syna Jego Jedynego
W homilii, wygłoszonej w dniu inauguracji pontyfikatu (22 października 1978 r.), św. Jan Paweł II mówił m.in.: „Nie obawiajcie się przyjąć Chrystusa i zgodzić się na Jego władzę! […] Nie lękajcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, ustrojów ekonomicznych i politycznych, szerokich dziedzin kultury, cywilizacji, rozwoju. Nie lękajcie się! Chrystus wie, «co jest w człowieku». Tylko On to wie!”.
Papież mówi, jak w wierze chrześcijańskiej postać Jezusa jest bardzo ważna – ważna dla Boga i dla nas. Bez Jezusa wiara chrześcijańska nie istnieje. Credo nazywa Boga Ojcem, bo ma On Dziecko, jedynego jednorodzonego Syna. Lecz jak to zrozumieć? Jak pojąć? Człowiek chce wiedzieć jak najwięcej. Pyta, docieka. Dopóki jednak dociekania jego służą zbawieniu, jest bardzo dobrze, kiedy jednak kieruje nimi fałszywe poszukiwanie „prawdy”, podsycane próżnością i wyłącznie ludzką ciekawością, jest gorzej. Wiara ma prawo pytać i szukać odpowiedzi, ale musi być gotowa otworzyć się na tajemnicę, zaufać temu, co jest prawdziwe, lecz ją przerasta, czego nie da się pojąć i wytłumaczyć przy pomocy ludzkich pojęć. Wara pyta więc, dlaczego Bóg ma Syna, a nie np. Córkę? Skąd wiemy, że jest właśnie tak? Człowiek wierzący przyjmuje tę prawdę dlatego, że ufa Bogu i ufa temu, co Bóg objawił. Właśnie wie to z objawienia, które uczy, że Boży Syn pojawił się na świecie jako mężczyzna. Przyszedł do nas, aby przekazać nam wolę swojego Ojca. Czerpał z Ojca i nam objawił, podobnie jak uczyni to Duch Święty, który doprowadzi nas „do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy” (J 16, 13).
Jest radyklana różnica między wewnętrznym boskim pochodzeniem, które należy do istoty Bożej, a światem stworzonym na mocy wolnej decyzji Trójjedynego Boga. Niezależnie od tego, jak głęboko Bóg wtajemniczyłby nas w swe boskie życie, nigdy nie przemienimy się ze stworzeń w Boga. Jezus Chrystus jest jedynym Bożym Synem, zrodzonym, a nie stworzonym, który dzieli z Ojcem tę samą boską naturę, żyje poza czasem, jest odwieczny. Dlatego inne istoty mogą być stworzone tylko w Synu i przez Syna: „Wszystko przez Niego się stało, a bez Niego nic się stało [z tego], co się stało” (J 1,3).
Z objawienia dowiadujemy się, że boski Syn otrzymał przy Wcieleniu konkretne imię. Jest nim Jezus, które w języku hebrajskim oznacza: „Bóg zbawia”. Imię to wyraża zarówno tożsamość Jezusa, jak i Jego posłanie. Ponieważ wyłącznie Bóg „może odpuszczać grzechy” (Mk 2,7), dlatego w Jezusie, swoim odwiecznym Synu, Bóg stał się człowiekiem, aby „zbawić… lud od jego grzechów” (Mt 1,21). W taki oto sposób w Jezusie Bóg wypełnia całą historię zbawienia dla dobra ludzi. Drugim imieniem Syna Boga jest imię Chrystus, będące greckim tłumaczeniem hebrajskiego pojęcia „Mesjasz”, które znaczy „namaszczony”. Pojęcie to stało się imieniem własnym Jezusa, ponieważ wypełnił On doskonale wolę swojego Ojca, misję, do której został namaszczony, jak pojęcie to oznacza.
Dzięki Jezusowi Chrystusowi Bóg nie jest już nieznany, obcy, odległy. Przestał być nieosiągalny dla naszego serca. Przeciwnie, dla nas stał się Dzieckiem i w ten sposób usunął wszelką dwuznaczność, wszelką odległość, obcość. Stał się naszym Bliźnim, uzdrawiając w ten sposób także obraz człowieka drążonego przez zło. Bóg stał się dla nas darem. Stał się Emmanuelem, czyli Bogiem z nami. Odtąd to Jego opisują słowa Pisma: „najpiękniejszy z synów ludzkich,
wdzięk rozlał się na twoich wargach: przeto pobłogosławił tobie Bóg na wieki” (Ps 45[44], 3). Tylko niepojęta miłość Boga była zdolna do takiego uniżenia, do takiej bliskości, niepojętej, niewyobrażalnej dla nas, dla naszego stworzonego umysłu. Sprawiła to Boża miłość, która oczekuje od stworzenia, od nas, tego samego – miłości.
Pewnego razu młody człowiek, przekonany o wyjątkowym pięknie swojego serca, spotkał starca. I pochwalił się przed nim swoim pięknym, młodzieńczym sercem. Na to starzec, ku zaskoczeniu młodzieńca, odrzekł, że w życiu nie zamieniłby swojego starczego, poranionego serca, na serce młodzieńca. Wywołał tym niemałe zdziwienie.
– Widzisz te blizny i brakujące kawałki? Nie ma ich tu dlatego, że ofiarowałem je z miłości dla wielu osób, ale oni nie dali mi nic w zamian i stąd te blizny. Jeśli jednak spojrzysz uważnie, dostrzeżesz, że wiele kawałków do mojego serca nie całkiem pasuje. Dlaczego to? Bo są to kawałki serca innych, które oni mi ofiarowali i które znalazły stałe miejsce w moim sercu. Stąd właśnie moje serce jest piękniejsze od twojego. Natomiast bruzdy, które widzisz, zrobili ludzie nieuczciwi, ludzie, którzy mnie zranili.
Wtedy młodzieniec spojrzał na starca, zrozumiał i zapłakał. Potem wziął kawałek swojego pięknego serca i ofiarował go starcowi, a starzec zrobił to samo.
Wielkie sprawy najlepiej poznaje się sercem. Mały Książę z powiastki Saint Exupery’ego mówił, że „dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Największym pragnieniem każdego człowieka jest miłość, z miłości bowiem został on stworzony, miłością odkupiony i do miłości powołany. Ponieważ Jezus Chrystus jest Synem Ojca, źródła Miłości, tylko On wie, co jest w człowieku, i może temu właściwie zaradzić.
6. Pana naszego
Jezus Chrystus nazwany jest również „Panem naszym”. „Wy Mnie nazywacie «Nauczycielem» i «Panem», i dobrze mówicie, bo nim jestem” (J 13,13). Nie oznacza to jednak, że my jesteśmy Jego sługami, skoro On jest Panem. Krótko po tych słowach powiedział do apostołów: „Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi” (J 15, 15–16).
Jezus Chrystus jest Panem, lecz my nie jesteśmy bynajmniej Jego sługami, ale Jego przyjaciółmi. Nazwie nas wręcz swoimi braćmi i siostrami. „Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten jest Mi bratem, siostrą i matką” (Mk 3,34). Zanim jednak przyjmę tytuł bycia „bratem” Jezusa, muszę wyznać z Tomaszem, że Chrystus to „Pan mój i Bóg mój” (J 20,28).
Jezus Chrystus, który jest naszym Panem i Bogiem, uniżył się głęboko, aby umyć nam nogi, iść z nami przez życie, tłumacząc sens tego, co nas spotyka, czego doświadczamy, a czego znaczenia po ludzku nie rozumiemy. Jest z nami w chwilach radości, jak w Kanie, i zarazem pozwala dotknąć swoich ran, aby nas przekonać, że jest zawsze z nami, że dzieli nasze radości i smutki, że jest Cierpiącym i Zwycięzcą.
Chociaż jest naszym Panem, Jezus nie chce, abyśmy się Go bali. Nie chce, abyśmy czuli się obco w Jego obecności, dlatego razem z nami modli się słowami „Ojcze nasz”. Chce też udzielać nam przebaczenia grzechów, dając się również jako pokarm w Eucharystii. Zawsze chce być z nami, w każdej sytuacji, w każdym położeniu, w każdym wieku. Jego innym imieniem może być imię „Przeto”, jak z poniższego opowiadania.
Oto parafialna grupa zajmująca się studiowaniem Pisma Świętego, zaznajamiała się bliżej z wybitnymi postaciami występującymi w Biblii. Uczestnicy spotkania zostali poproszeni, by powiedzieli, którą z tych postaci chcieliby być.
Jedna z kobiet powiedziała: „Rut”, inna – „Maryją”. Starszy mężczyzna chciałby być królem Salomonem, jakiś młodzieniec – świętym Pawłem. Wtem pewna dziewczyna wyrwała się z zawołaniem:
– A ja chciałabym być Przeto.
Wszyscy się zdziwili, bo nie mogli sobie przypomnieć żadnej postaci o tym imieniu. Poprosili więc dziewczynę, by zacytowała fragment, w którym jest o kimś takim mowa. Odparła:
– „Przeto zawsze jestem z tobą”.
Jezus-Przeto jest zawsze ze mną. To piękna i ważna informacja. Ten, który jest Panem, Bożym Synem, który może wszystko, chce przeto być zawsze ze mną, aby mi pomagać, mnie wspierać, być przewodnikiem na drogach życia, wprowadzić mnie do raju. Dlatego Jezusa, naszego Pana, nazywamy też naszym Przyjacielem i śpiewamy:
Jezus jest mym Przyjacielem,
Jezus jest Obrońcą mym,
Jezus jest mym Zbawicielem,
zawsze chcę przebywać z Nim.
Khalil Gibran, pisarz, poeta, malarz, filozof, urodzony w Libanie w rodzinie maronickich chrześcijan, tak pisał o przyjaźni:
„Wtedy zapytał młodzieniec:
– Co powiesz o przyjaźni?
A on rzekł:
– Kimże jest przyjaciel, jak nie odpowiedzią na to, czego ci trzeba? Jest podobny ziemi, którą uprawiasz z radością. Jest też i plonem, który zbierasz pełen dziękczynienia. Jest niby dom twój i ognisko twoje. Do niego przecież głodny przychodzisz. Jego to szukasz, gdy pragniesz spokoju. Kiedy przyjaciel mówi, co myśli, nie czujesz lęku, jeśli znajdujesz «nie» w myśli swojej. Ani też swego «tak» nie ukrywasz. Kiedy przyjaciel milczy, serce twoje nasłuchuje bicia serca jego. Przyjaźni nie trzeba słów. Każda myśl, pragnienie i tęsknota rodzi się po to, aby ją dzielić w radości wspólnej. Rozstanie z przyjacielem nie smuci. Gdyż to, co w nim najbardziej miłujesz, staje się jeszcze wyraźniejsze, kiedy go nie ma. Jest jak górski szczyt najpełniej widziany z doliny” (Prorok, s. 77n).
Jezus Chrystus jest naszym Panem i Przyjacielem. „On chce w n a s stać przed Ojcem, owszem, w n a s być w Ojcu. On chce, abyśmy, będąc problematycznymi stworzeniami, z Nim jako «nowym niebem i nową ziemią» weszli do wewnętrznego życia Bożej miłości” (Han Urs von Balthasar).
7. Który się począł z Ducha Świętego
Pozostajemy nadal w klimacie „miłości”, kiedy wyznajemy wiarę w Jezusa Chrystusa, który się począł z Ducha Świętego. Umysł ludzki jest za słaby, aby zgłębić tajemnice życia Boga, a tym bardziej, aby je opisać w ludzkich słowach. Tomasz Merton w dziele Wspinaczka ku prawdzie pisał, że „Boga nie można naprawdę poznać, dopóki się Go nie kocha. A nie możemy Go kochać, dopóki nie pełnimy Jego woli”. Wyrażał w inny sposób to, co powiedział wcześniej Jezus: „Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości” (J 15,10). Kto więc kocha Boga, przechodzi od pytania: „Dlaczego?” jest tak czy inaczej, do pytania: „Panie, co chcesz, abym czynił?”.
Postawa miłości ważna jest także dla „zrozumienia” omawianej przez nas prawdy wiary o poczęciu Jezusa Chrystusa, o Jego początku na Ziemi, o Jego wejściu w naszą historię. Lecz prawdę tę przyjąć trzeba bardziej sercem, które miłuje Boga, niż tylko rozumem, który szuka argumentów za i przeciw. Wszak jedynym argumentem, który tłumaczy działanie Boga, jest niepojęta dla nas Jego miłość. Wprost szaleńcza jest miłość Boga do nas, stąd niezrozumiała przez ludzki rozum, niepojęta, dziwna.
Credo uczy, że Jezus nie „począł się” sam, ale że „został poczęty” przez Ducha Świętego, który umieścił „nasienie” Ojca w łonie Dziewicy Maryi. Aktywną w tajemnicy „poczęcia” jest więc cała Trójca i Dziewica Maryja. Początkiem wszystkiego jest miłość Ojca, posłuszeństwo Ducha i pokora Syna oraz przyjęcie woli Bożej przez Dziewicę. Duch, Syn i Maryja współpracują w realizacji woli niebieskiego Ojca. Ojciec, który posyła Ducha, jest także naszym Ojcem, chociaż w inny sposób. Jest nieogarniony, niepojęty, odwieczny, całkowicie Inny, Święty, mieszkający w światłości niedostępnej, „w niebie”. Kiedy mówimy, że Bóg Ojciec mieszka „w niebie”, wyrażenie to nie oznacza materialnego miejsca, lecz stan, sposób bycia, całkowicie odmienny od tego, jaki jest właściwy nam, żyjącym „na Ziemi”. Ojciec, który jest „w niebie”, jest czuły, wyrozumiały, ale także mocny, gotów stanąć w obronie swoich dzieci, których wolność szanuje i którym gwarantuje bezpieczeństwo.
Duch Święty, posłuszny Ojcu, niesie „nasienie Ojca”, objawiając zarazem miłość Ojca. Posłuszny jest także Syn, który przychodząc na Ziemię, nie wciela się sam. Nie bierze własnymi siłami ludzkiej natury, ale pozwala, aby „nałożył” Mu ją Duch Święty. W pokorze przystaje na to. Od samego początku jawi się więc jako posłuszny Syn Ojca. I takim będzie aż po śmierć na krzyżu: „Ojcze – prosił będzie – jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (Łk 22,42). Syn pozwala dobrowolnie dysponować sobą w Bożym planie zbawienia. Czyni to z posłuszeństwa Ojcu, aby zmazać nieposłuszeństwo Adama, które sprowadziło na świat grzech i lęk przed śmiercią. Ale także Maryja, pełna miłości do Boga, przyjmuje w pokornym posłuszeństwie wolę Ojca. Przyjmuje z pokorą „nasienie Ojca” w swoim dziewiczym łonie i obdarza boskiego Syna swoją ludzką naturą. Mówi: „Oto ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego” (Łk 1,38).
Frederick Buechner, amerykański pisarz zmarły w 2022 roku, tak oto wyobrażał sobie zachowanie archanioła Gabriela w scenie Zwiastowania: „Wydała się archaniołowi niemal zbyt młoda, by w ogóle mieć dziecko, a co dopiero właśnie to Dziecię, ale powierzono mu tę misję i musiał się z niej wywiązać. Powiedział jej, jakie imię będzie nosić Dziecię i kim Ono będzie, a także coś o Tajemnicy, w której przyjdzie jej uczestniczyć.
– Nie lękaj się, Maryjo – rzekł.
Mówiąc te słowa, mógł mieć tylko nadzieję, że ona nie spostrzeże, iż pod wspaniałymi, złocistymi skrzydłami on sam drży z obawy, że oto cała przyszłość stworzenia zależy teraz od odpowiedzi młodziutkiej dziewczyny”.
Boża miłość dała Maryi odwagę, aby uwierzyć słowom anioła i przyjąć do swojego łona „nasienie Ojca”. Zgodziła się wypełnić wolę Ojca. Była posłuszna miłości Boga, bo sama Go miłowała. Miłością Bożą, która w niej zamieszkała, był Duch Święty – owoc i świadectwo wzajemnej miłości Ojca i Syna. On w Niej zamieszkał. Potwierdził to anioł, który rzekł: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego okryje Cię cieniem” (Łk 1,35). Duch Święty przygotował Maryję na przyjęcie boskiego „nasienia”, na poczęcie w jej stworzonym ciele boskiego Syna, istniejącego od zawsze.
Niniejszy artykuł Credo zawiera ważną naukę również dla nas. Uczy, że wielkie rzeczy rodzą się wyłącznie z miłości. Z niej też wyrastają posłuszeństwo i pokora, jakby duchowe ramiona miłości. Lecz w pierwszym rzędzie artykuł ten apeluje o miłość i posłuszeństwo dla naszego Boga, który z troski o nasze zbawienie raczył zstąpić z nieba i przyjąć naszą ludzką naturę. Uczynił to wszystko, bo nas miłuje, a Jego miłość nie zna limitów. Św. Paweł powie więc, że „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2,9).
8. Narodził się z Maryi Panny
Także tym razem pytań jest wiele. Jak Bóg mógł narodzić się z człowieka, wszak Maryja była człowiekiem, wprawdzie wyjątkowym, ale tylko człowiekiem. Jak mogła począć bez udziału mężczyzny? I jak mogła wydać na świat dziecko, nadal pozostając dziewicą? Nie sposób odpowiedzieć na te pytania w kilku słowach.
W Credo konstantynopolitańskim wyznajemy, że „On to [Jezus] dla nas, ludzi, i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba i za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Dziewicy Maryi, i stał się człowiekiem”. Jezus przychodzi zatem na świat nie dla jakiegoś widzimisię. Nie dlatego, że tak Mu się spodobało. Przychodzi z konkretną misją, którą jest nasze zbawienie. Nic w Jego życiu nie jest zatem przypadkowe, nic zbędne czy dowolne. Wszystko zaś wpisane zostało w cudowną historię naszego zbawienia. Odnosi się to także do Jego ziemskich narodzin „z Maryi Panny”. Łączy się w nich niebo z ziemią, sprawy ludzkie ze sprawami boskimi, rzeczy zrozumiałe i pełne tajemnicy. Chrystus rodzi się więc, jak każdy człowiek – z kobiety, ale zarazem nie narusza Jej dziewictwa, co jest już sprawą boską. W dokumencie Lumen gentium Sobór Watykański powie, że narodzenie Jezusa nie tylko w niczym nie naruszyło dziewictwa Maryi, ale je uświęciło. Tego już nie sposób pojąć ludzkim rozumem.
Jest zatem jasne, że Pan Jezus nie miał ludzkiego ojca, gdyż Jego ojcem jest Ojciec Przedwieczny. Narodził się z Dziewicy, bo nie był zwykłym człowiekiem. Podobny do nas we wszystkim, ale bez grzechu. Jego istnienie nie zaczęło się w chwili poczęcia, jak zaczyna się istnienie każdego śmiertelnika. Jest bowiem Synem Ojca Przedwiecznego, co oznacza, że istnieje od zawsze, bez początku i bez końca. Razem z Ojcem i Duchem Świętem jest samym Istnieniem.
Prawdę o tym, że Jezus narodził się z dziewicy Maryi, stwierdzają jednoznacznie Ewangeliści Mateusz (1,18–25) i Łukasz (1,26–38). Przyjmują tę prawdę niemal wszyscy chrześcijanie, bo jest to wyrazem boskości Jezusa. Nie godziło się bowiem, aby Ten, który jest Synem Jednorodzonym Ojca Przedwiecznego, miał ludzkiego ojca. Spełniały się w ten sposób słowa proroka Izajasza, który mówił: „Oto Panna pocznie i porodzi Syna” (Iz 7,14). Dziewicze porodzenie Jezusa zostało przygotowane przez Stary Testament. Szwajcarski teolog Hans Urs von Balthasar wspomina przywrócenie utraconej siły płciowej Abrahama, Zachariasza i jego niepłodnej żony czy też zapowiedź cudu, kiedy „niepłodna rodzi siedmioro, a wielodzietna więdnie” (1 Sm 2,5). Bóg, ponieważ jest Bogiem, nie człowiekiem, posiada moc zdolną odwrócić naturalny bieg rzeczy. Święty Ignacy Antiocheński wyznawał: „Otóż Boga naszego, Jezusa Chrystusa, nosiła Maryja w swym łonie według Bożego zamysłu”, zaś św. Ireneusz dodawał, że „Emmanuel istnieje z Dziewicy”. Wiara Kościoła w Boże Macierzyństwo NMP została uroczyście wyznana przez orzeczenie soboru efeskiego w 431 roku: „Słowo, (…) już w łonie matki zostało (…) złączone z ciałem i cieleśnie się urodziło, przyjmując jako własne – urodzenie cielesne… Przeto [święci Ojcowie] nie wahali się nazwać świętej Dziewicy Matką Bożą” (BF, VI, 3).
Jezus – wyznajemy także w Credo – nie miał rodzeństwa, bo chociaż w Biblii mówi się o „braciach” Jezusa (zob. Mt 12,47), są nimi mniej lub bardziej dalecy krewni, którzy w ten sposób nazywani są także dzisiaj u wielu ludów arabskich. Takie jest tło greckiego słowa adelphos, które może oznaczać brata niezależnie od tego, czy był urodzony z tych samych dwojga rodziców, czy tylko z tego samego ojca lub matki; kogoś, kto ma tego samego przodka narodowego lub kogoś należącego do tego samego ludu bądź po prostu rodaka. W znaczeniu szerszym także każdy bliźni lub człowiek, współwyznawca, połączony z drugą osobą więzią uczuć czy wręcz współpracownik w pracy lub urzędzie maże być nazywany bratem. Tak np. św. Hieronim, doktor Kościoła, który żył w IV wieku, uważał, że greckie adelphos (brat) może oznaczać kuzyna.
Mamy wiele wypowiedzi Biblii, które wykluczają posiadanie przez Jezusa bliższego rodzeństwa. „Czy nie jest to cieśla – pytają zdumieni Jego mądrością mieszkańcy Nazaretu – syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?” (Mk 6,3). Znamy z imienia matkę dwóch pierwszych, którą była „siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa” (J 19,25), nazwana gdzie indziej „Marią, matką Jakuba i Józefa” (Mt 27,56), a także „Marią, matką Józefa” (Mk 15,47) lub „Marią, matką Jakuba” (Mk 16,1). Gdyby zatem wśród tych czterech wyliczonych z imienia braci Pana Jezusa byli jacyś Jego bracia rodzeni, to z pewnością mieszkańcy Nazaretu wymieniliby ich na pierwszym miejscu. Tymczasem na pierwszym miejscu znaleźli się Jakub i Józef, dość dalecy kuzyni Jezusa. Jest to dla nas ważny szczegół. Ponadto, gdyby Jezus posiadał braci, nie zleciłby opieki nad swoją Matką Janowi, który rzeczywiście „wziął Ją do siebie” (J 19,27). Czy byłoby to możliwe, gdyby wspomniani w Ewangelii bracia i siostry Jezusa, byli rzeczywiście dziećmi Maryi?
9. Umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion
Zawołanie to zawiera dwie prawdy – historyczną i teologiczną – które podkreślają realizm wcielenia i odkupienia. Pierwsza relacjonuje ostatnie chwile ziemskiej historii Jezusa Chrystusa. Credo pomija fakt pojmania Jezusa w Ogrodzie Oliwnym, obecność przed Annaszem i proces religijny (J 18,13). Milczy o zaprowadzeniu Go przed oblicze Kajfasza i postawieniu Jezusa przed Piłatem, który był rzymskim urzędnikiem, przedstawicielem cesarza, pełniącym m.in. funkcję prokuratora. Credo nie wspomina też o wyroku śmierci, jaki wydał Piłat odnośnie do Chrystusa, który miał zostać ukrzyżowany. Wyznajemy wyłącznie, że został „umęczony pod Ponckim Piłatem” i ukrzyżowany. Po wydaniu wyroku skazującego Jezus wyruszył z Lithostrotos (wzniesienie) „około godziny szóstej” (J 19,14) w kierunku wzgórza usytuowanego poza murami Jerozolimy, gdzie miał zostać przybity do krzyża. Według współczesnego zegara było to między godziną 11 a 12. Do przejścia mieli około 700 metrów. Droga krzyżowa prowadziła przez wąskie uliczki Jerozolimy, gdzie Jezus upadał pod ciężarem belki krzyżowej. Spotykał też ludzi. Tradycja wspomina spotkanie z Matką, Szymonem z Cyreny, odważną Weroniką, płaczącymi kobietami. Ewangelie informują też o setniku i o żołnierzach, ale również wymieniają kapłanów oraz przedstawicieli Sanhedrynu.
Chrystus został ukrzyżowany na wzgórzu zwanym po aramejsku „Golgota”. Konał przez trzy godziny, jak referuje św. Łukasz: „Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej” (Łk 23,44). Z krzyża wstawiał się do Ojca za swoimi oprawcami: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34a) i zostawił nam Matkę: „Oto Matka Twoją; Oto syn Twój” (J 19,26–27).
Wszystko działo się na kilka godzin przed żydowskim świętem Paschy, stąd pośpiech w wykonaniu wyroku i pośpiech przy składaniu ciała Jezusa do grobu. Zdjęte ciało owinięto w pogrzebowe chusty: całun w ścisłym tego słowa znaczeniu (sidon) i mniejszy kawałek płótna (sudarion), rodzaj chusty, umieszczany na twarzy. Całun można obejrzeć w Turynie, z kolei chusta znajduje się w katedrze w hiszpańskim Oviedo. Ciało Jezusa złożono w grobie położonym w pobliskim ogrodzie. Piłat wyznaczył też straże, a ponadto opieczętowano kamień zatoczony na otwór wejściowy do grobu, aby zabezpieczyć miejsce pochówku. W ten sposób dobiegła końca ziemska pielgrzymka Jezusa.
A jaka jest prawda teologiczna? Dlaczego Jezus przyjął ludzkie ciało? Cur Deus homo? – dlaczego Bóg stał się Człowiekiem? Dlaczego Bóg „opuścił śliczne niebo i obrał barłogi”, stając się człowiekiem podobnym do nas we wszystkim oprócz grzechu? Wiara szuka zrozumienia, więc pyta: „Dlaczego?”. Pytała dawniej i pyta dzisiaj. Nie tylko chce wiedzieć, dlaczego Bóg przyjął ludzką naturę, ale – co ważniejsze – dlaczego cierpiał? Dlaczego Jezus został pojmany, skazany, przybity do krzyża? Czy nie kłóci się to z Jego boskością? Nie miejsce, aby udzielić wyczerpującej odpowiedzi. Św. Augustyn odpowiadał, że jedynym powodem, dla którego Bóg stał się człowiekiem był sam człowiek: Bóg stał się człowiekiem po to, aby nas odkupić i abyśmy mogli stać się dziećmi Bożymi.
Pisarze franciszkańscy uczyli z kolei, że wcielenie Jezusa nie było uwarunkowane koniecznością odkupienia grzechu pierworodnego. Chrystus przyszedłby na ziemię, gdyby nawet Adam nie zgrzeszył, wszak Jezus Chrystus jest Alfą i Omegą, początkiem i końcem stworzenia, największym dziełem Boga (por. Ap 22,13). Jego wcielenie wpisane było w plan stworzenia, zaś grzech sprawił, że cierpiał, został skazany, umarł i został pogrzebany. Nie wcielił się, aby cierpieć. Przyjął ciało, ponieważ nas miłuje, a ponieważ cierpimy na skutek grzechu, Chrystus przyjął też i nasze cierpienie. Jezus przyjął nasze ciało, aby pokazać, jak bardzo blisko chce być z nami. Pokazał, że nas zna i ile jest gotów wycierpieć dla naszego zbawienia. On chce być z nami w każdym fragmencie naszej egzystencji, po tej ciemnej, pełnej boleści, lęku czy niesprawiedliwości stronie naszego życia, ale też tej radosnej. Jak człowiek nie może uciec, oddalić się od swego ciała, tak też Bóg, który przyjął w Chrystusie nasze ciało, nigdy się od nas nie oddali. Pozostaje z nami dosłownie w każdej sytuacji życia.
Teologowie franciszkańscy uczą, że najważniejszym celem wcielenia nie jest odkupienie z grzechu, ale dopełnienie stworzenia, co dokonuje się w Chrystusie. Dla Niego i przez Niego wszystko zostało stworzone: „On jest obrazem Boga niewidzianego – Pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne” (Kol 1,15–16) – uczy św. Paweł. Motywem przewodnim wcielenia była natomiast miłość, pragnienie Boga, aby miłować i dawać się w obfitości, wszak jest On samą Dobrocią i Miłością. Plan, dla którego Bóg powołał świat do istnienia, znajduje swoje zwieńczenie w Chrystusie, o którym Ojciec powiedział: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” (Mt 3,17). W Jezusie Chrystusie Bóg Ojciec miłuje każdego człowieka w sposób nieodwołalny. Św. Jan Paweł II powie więc, że „prawdziwie wielka jest wartość ludzkiego życia, skoro Syn Boży przyjął je i uczynił miejscem, w którym dokonuje się zbawienie całej ludzkości!” (Evangelium vitae, n. 33). Dzięki wcieleniu Syna Bożego każdy człowiek od momentu poczęcia posiada nieskończoną godność i wartość, jest kochany przez Boga Ojca w Synu.
10. Zstąpił do piekieł
Pewnego razu podczas rozmowy usłyszałem zdanie, które mnie zaskoczyło. Mój rozmówca, zapytany o sytuację w jego kraju, odparł, że teraz – mając tyle wolności – sami ludzie nie wiedzą, co z nią zrobić.
Z wolnością jest mniej więcej tak, jak ze zmysłami słuchu i wzroku. Gdybyśmy słyszeli i widzieli naprawdę wszystko, co nas otacza, nie moglibyśmy żyć. Dlatego wierzący, podążając drogą duchową, jest wdzięczny za to, czego usłyszeć i zobaczyć nie może. Zdobywa w ten sposób umiejętności dokonywania wyboru i rezygnacji.
Prawda ta odnosi się też poniekąd do chrześcijańskiej nauki o „zstąpieniu do piekieł” Jezusa Chrystusa. Nie możemy jej zobaczyć ani usłyszeć, ale wyznajemy. Dlaczego? Bo obok wielu ważnych spraw mówi ona, że nie ma niczego, co byłoby całkowicie od Boga oddzielone, całkowicie od Niego niezależne. Przeciwnie, Bóg utrzymuje wszystko w istnieniu. Bliski jest On także ludziom, którzy nie mogą być blisko Niego. Jezus Chrystus solidaryzuje się więc z nimi nie tylko w życiu, ale też w śmierci. Czyni tak, bo – jak uczą Ojcowie Kościoła – co nie zostało przyjęte przez Boga, nie może być zbawione. W ten sposób Jezus Chrystus przyjął człowieczeństwo do końca, do granic możliwości. Wszedł w każdy szczegół ludzkiej egzystencji – cielesnej i duchowej.
W języku łacińskim prawda ta brzmi: descendit ad infernos i tak właśnie zaakceptował ją Sobór Laterański IV w 1215 roku. Termin infernos sugerował, by w polskim przekładzie zamienić go słowem „piekło”. Tymczasem w tekście greckim chodziło bardziej o starotestamentowy „szeol”, nie zaś piekło w takim sensie, w jakim dzisiaj jest rozumiane. Ta niezbyt dziś jasna formuła miała wyrażać wiarę, że zbawienie objęło nie tylko ludzi współczesnych Jezusowi i urodzonych później, ale także wszystkie pokolenia ludzi żyjących, zanim nastąpiło Wcielenie. Może brzmi to osobliwie, ale cała historia Boga z ludźmi jest pełna paradoksów, które zrozumieć może wyłącznie ten, kto kocha.
Prawda o zstąpieniu do piekieł znajduje swoją biblijną podstawę przede wszystkim w Pierwszym Liście św. Piotra: „Chrystus bowiem również raz umarł za grzechy, sprawiedliwy za niesprawiedliwych, aby was do Boga przyprowadzić; zabity wprawdzie na ciele, ale powołany do życia Duchem. W nim poszedł ogłosić [zbawienie] nawet duchom zamkniętym w więzieniu, niegdyś nieposłusznym” (1 P 3,18–20). Ważne dla nas jest także to, o czym pisze Księga Apokalipsy (6,8 i 20,14). „Szeol” jest w niej synonimem władztwa śmierci, a ponieważ o Chrystusie powiedziano (Ap 1,18), iż ma klucze „śmierci i otchłani”, stąd właśnie wyrasta teologia „zstąpienia do piekieł” (czy też „do otchłani”). I rozumieć to należy w podwójnym sensie: rzeczywistej Jego śmierci – bo Chrystus prawdziwie zstąpił w królestwo śmierci – i równocześnie władztwa Chrystusa nad śmiercią, gdyż przez zmartwychwstanie złamał jej władanie. Odtąd On panuje również nad śmiercią.
W tym duchu jest nauka Katechizmu Kościoła Katolickiego, który uczy, iż Jezus rzeczywiście „umarł i przez swoją śmierć dla nas zwyciężył śmierć i diabła, «który dzierżył władzę nad śmiercią» (Hbr 2,14)” (636) i że „otworzył On bramy nieba sprawiedliwym, którzy Go poprzedzili” (637). Jezus znalazł się tam nieprzypadkowo, nie jak każdy śmiertelnik, który poprzedził Go w ziemskim życiu. Zszedł tam jako Zbawiciel, jako zwycięzca śmierci, aby ogłosić uwięzionym duchom zbawienie. Ogłosił zbawienie wszystkim, którzy umarli przed Nim. Mówi Katechizm, że „zstąpienie do piekieł jest całkowitym wypełnieniem ewangelicznego głoszenia zbawienia. Jest ostateczną fazą mesjańskiego posłania Jezusa, fazą skondensowaną w czasie, ale ogromnie szeroką w swym rzeczywistym znaczeniu rozciągnięcia odkupieńczego dzieła na wszystkich ludzi wszystkich czasów i wszystkich miejsc, aby wszyscy ci, którzy są zbawieni, stali się uczestnikami Odkupienia” (634).
Starożytna homilia na Wielką i Świętą Sobotę brzmiała: „Wielka cisza spowiła ziemię; wielka na niej cisza i pustka. Cisza wielka, bo Król zasnął, ziemia się przelękła i zamilkła, bo Bóg zasnął w ludzkim ciele, a wzbudził tych, którzy spali od wieków… Idzie, by odnaleźć pierwszego człowieka, jak zgubioną owieczkę. Pragnie nawiedzić tych, którzy siedzą zupełnie pogrążeni w cieniu śmierci; by wyzwolić z bólów niewolnika Adama, a wraz z nim niewolnicę Ewę, idzie On, który jest ich Bogiem i Synem Ewy… «Oto Ja, twój Bóg, który dla ciebie stałem się twoim synem… Zbudź się, który śpisz! Nie po to bowiem cię stworzyłem, byś pozostawał spętany w Otchłani. Powstań z martwych, albowiem jestem życiem umarłych»” (Liturgia Godzin, II, Godzina czytań z Wielkiej Soboty).
Teologia „zstąpienia do piekieł” jest silnie rozwinięta w Kościołach Wschodnich. Istnieją piękne i wymowne ikony poświęcone temu tematowi. Widnieje na nich Chrystus odziany w mandorlę, symbolizującą chwałę niebieską, który rozłamuje bramy Szeolu; jedną ręką podnosi z otchłani śmierci ukoronowaną postać Ewy, drugą zaś również ukoronowaną postać biblijnego Adama. Biblijni prarodzice reprezentują każdego z ludzi. Z kolei spoczywające na ich głowach korony oznaczają chwalebne przemienienie człowieka w „nowe stworzenie” i obdarzenie go nową godnością.
11. Trzeciego dnia zmartwychwstał
„Jezus zmartwychwstał!” Wobec zmartwychwstania słowo jest bezsilne, ale musi być głoszone. Bez zmartwychwstania nie ma bowiem chrześcijaństwa i również życie pozbawione jest sensu. Od wiary w zmartwychwstanie zależy zbawienie, dlatego św. Paweł pisał do wiernych w Koryncie: „A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. Okazuje się bowiem, że byliśmy fałszywymi świadkami Boga, skoro umarli nie zmartwychwstaną” (1 Kor 15,14–15). Ale tak nie jest i Apostoł podkreśla to z całą mocą: „Tymczasem jednak – pisze – Chrystus zmartwychwstał jako pierwociny spośród tych, co pomarli” (1 Kor 15,20). Gdyby Chrystus nie zmartwychwstał, zostałby zaliczony w poczet wielu innych kaznodziejów, którzy przed Nim i po Nim głoszą koniec świata, pozostając tylko ludźmi. Ale tak nie jest. Chrystus zmartwychwstał.
Zmartwychwstanie Jezusa jest naczelnym dogmatem wiary chrześcijańskiej, a Wielkanoc jest jej największym świętem. W te święta wierzący pozdrawiają się słowami: Christos Anesti! – Alethòs Anesti, czyli: „Chrystus zmartwychwstał! – Prawdziwie zmartwychwstał”. Dominującym uczuciem, które przenika ewangeliczne opisy zmartwychwstania, jest radość pełna zdumienia; a w liturgii przeżywamy na nowo stan ducha uczniów z powodu wieści, którą przyniosły kobiety: Jezus zmartwychwstał! Są pełni radości. Radość Niedzieli Wielkanocnej obecna jest w myślach, spojrzeniach, postawach, gestach i słowach. To nie jest makijaż! Radość wierzących pochodzi z wewnątrz, z serca zanurzonego w źródle tej radości, jaką posiadało serce Marii Magdaleny, która najpierw gorzko płakała z powodu utraty swego Pana, lecz przepełniło ją szczęście, kiedy zobaczyła Go zmartwychwstałym.
W okresie wielkanocnym modlitwę „Anioł Pański” zastępuje modlitwa Regina Caeli letare – „Królowo nieba, wesel się”. Pełni radości wierzący śpiewają więc hymn radosnego uwielbienia Maryi, której Syn – Jezus Chrystus – zmartwychwstał:
Królowo nieba, wesel się, alleluja!
Bo ten, któregoś nosiła, alleluja!
Zmartwychwstał, jak powiedział, alleluja!
Módl się za nami do Boga, alleluja!
I Kościół modli się: „Boże, Ty przez zmartwychwstanie Twojego Syna, naszego Pana Jezusa Chrystusa, przywróciłeś radość światu, spraw, abyśmy przez Jego Matkę, Dziewicę Maryję, osiągnęli szczęście życia wiecznego”.
Św. Paweł uczył, że trzeba było, „ażeby to, co zniszczalne, przyodziało się w niezniszczalność, a to, co śmiertelne, przyodziało się w nieśmiertelność. A kiedy już to, co zniszczalne, przyodzieje się w niezniszczalność, a to, co śmiertelne, przyodzieje się w nieśmiertelność, wtedy sprawdzą się słowa, które zostały napisane: «Zwycięstwo pochłonęło śmierć»” (1 Kor 15,53–54). Teologia uczy, że trzeba się jednak „zanurzyć” w prawdzie zmartwychwstania. Jeśli człowiek się nie zanurzy, jeśli nie pozwoli Zmartwychwstałemu ogarnąć wszystkich wymiarów własnego życia, prawda ta pozostanie poza nim. Kto się „zanurzy”, kto stanie się świadkiem zmartwychwstania, niesie „promień” światła zmartwychwstałego Pana w różne ludzkie sytuacje: te szczęśliwe czyni piękniejszymi, a w sytuacje bolesne przynosi spokój i nadzieję. Sakramenty żyją siłą tej prawdy. Gdyby Chrystus nie powstał z martwych, chrzest byłby tylko oblaniem wodą, a Eucharystia zwykłym posiłkiem.
Radość z prawdy, że Chrystus zmartwychwstał, że zwyciężył śmierć, nie widnieje jedynie na twarzy wierzących. Staje się stylem ich życia, myślenia, działania, patrzenia na świat i ludzi wokół. Jest dla nich niewyczerpanym źródłem nadziei i odwagi, siły w promocji dobra, przywracania pokoju czy godności każdego człowieka. Jest także apelem o wzajemną życzliwość, pokorę, otwartość. Zmartwychwstanie tętni w nich pięknym życiem.
Istnieje opowieść o tym, że pewnego dnia starszy człowiek, który był ateistą, udał się do pewnego znanego księdza. Miał nadzieje, że w ten sposób rozwiąże problemy swojej wiary. Nie był w stanie uwierzyć, że Jezus z Nazaretu naprawdę zmartwychwstał. Szukał dowodów, które pozwoliłyby mu uwierzyć w zmartwychwstanie…
Kiedy dotarł do domu parafialnego, w którym mieszkał ksiądz, u duchownego znajdował się już jakiś gość. Ksiądz, dostrzegłszy przez uchylone drzwi czekającego starca, wyszedł z kancelarii i z uśmiechem podał mu krzesło. Pożegnawszy się z przebywającym u niego gościem, zaprosił starca do siebie. Wysłuchał uważnie jego wątpliwości, a potem przez długi czas rozmawiali. Po burzliwej dyskusji ateista stał się wierzącym. Powrócił do przyjmowania sakramentów, wypełniania Słowa Bożego i uwierzył w Matkę Bożą. Szczęśliwy i trochę zdziwiony kapłan zapytał go kiedyś:
– Niech mi pan powie, co w tej długiej rozmowie stało się dowodem, przekonującym pana, że Chrystus naprawdę zmartwychwstał, że Bóg rzeczywiście istnieje?
– Sposób, w jaki podał mi ksiądz krzesło, abym nie zmęczył się oczekiwaniem – odpowiedział starzec.
Taka postawa też rodzi się z prawdy zmartwychwstania.
12. Wstąpił na niebiosa
Czterdzieści dni po Wielkanocy, na dziesięć dni przed uroczystością Zesłania Ducha Świętego, obchodzone jest jedno z najstarszych świąt chrześcijańskich. Jest nim uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, wspomnienie ostatniego objawienia się Zmartwychwstałego apostołom na Górze Oliwnej. Już na początku V wieku św. Augustyn odnotował, że ten dzień jest świętowany „na całym okręgu ziemskim”.
Co znaczy, że Chrystus „wstąpił na niebiosa”? Nie odszedł, ale wstąpił. W Dziejach Apostolskich czytamy, że „obłok zabrał Go im sprzed oczu” (Dz 1,9), a Ewangelia wg św. Łukasza precyzuje, że „On zniknął im z oczu” (Łk 24,31). Nie ma tu informacji, że Jezus stał się nieobecny. Zmieniał się wyłącznie sposób Jego obecności. Kaznodzieja papieski, o. Raniero Cantalamessa, zauważał, że jest rzeczą ważną, aby dokonać rozróżnienia pomiędzy zniknięciem a odejściem; odejście powoduje nieobecność, podczas gdy zniknięcie zapoczątkowuje ukrytą obecność. Wraz z wniebowstąpieniem Jezus „znika” z oczu uczniów, ale nie przestaje być obecny pośród nich. Obiecał im wszak, że będzie z nimi „przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Obiecał więc, że nie zostawi nas sierotami, że na zawsze zamieszka w każdym, kto w Niego wierzy, że uczyni w nim swoje mieszkanie: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego i mieszkanie u niego uczynimy” (J 14,23). A zatem Jezus nie odszedł, ale Dzieje Apostolskie relacjonują, że „uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu”, a oni uporczywie wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba (por. Dz 1,9–10).
Czy apostołowie wiedzieli, dokąd unosił się ich Mistrz? Czy my wiemy? Do Marii Magdaleny powiedział: „Wstępuję do Ojca mego” (J 20,17), lecz wiara pyta, gdzie znajduje się to miejsce: „do Ojca”, jak je określa Jezus? Tradycja wskazuje na „niebo”, „raj”, którego jest On teraz Królem, ale gdzie go szukać? „W górze” czy „na dole”? A może w jakiejś innej głębi? Gdzie patrzeć, aby je dostrzec? Pytań jest wiele. Wiara mówi jedynie, że w życiu duchowym kategorie przestrzeni i czasu nie są takie same jak na Ziemi. Jednak taka odpowiedź nie wystarcza. Wiara dodaje jeszcze, że tajemnica „wstąpienia na niebiosa” wykracza poza granice naszego doświadczenia zmysłowego. Po zmartwychwstaniu Chrystus nie powrócił już do zwykłego życia – jak uczynił to np. Łazarz po cudownym wskrzeszeniu. Jezus wszedł razem ze swym człowieczeństwem do Królestwa Bożego. Wiemy, że tak właśnie jest, ale chcielibyśmy wiedzieć więcej. Domaga się tego nasza ludzka ciekawość. C.S. Lewis pisał w tym kontekście, że „pierwszy skutek prawdziwego chrześcijaństwa to doszczętne strzaskanie” naszych wyobrażeń o Bogu i Jego działaniu. Są tego różne efekty, także negatywne. Nie brak bowiem takich, którzy „widząc to doszczętne strzaskanie własnych wyobrażeń, poddają się, uznając, że chrześcijaństwo zawiodło” (Chrześcijaństwo po prostu). Ale temu właśnie ma służyć autentyczne chrześcijaństwo, żebyśmy strzaskali na kawałki wszelkie nasze wyobrażenia o Bogu.
Dwóch profesorów teologii — jak głosi anegdota — dyskutowało często o tym, jak to będzie w niebie. Wyobrażali sobie najpiękniejsze rzeczy i wzdychali przy tym głęboko, ale niczego nie mogli być tak naprawdę pewni. Dlatego też obiecali sobie wzajemnie, że ten, który pierwszy z nich umrze, przyjdzie we śnie do tego drugiego i powie mu, jak rzeczywiście jest w niebie. Parę lat później zmarł jeden z nich i ukazał się we śnie temu drugiemu. Ten zaś zapytał z ogromną ciekawością: „No i jak tam jest?”. „Zupełnie inaczej” – odpowiedział zmarły.
Bóg jest zupełnie inny, stąd także „niebo”, które zamieszkuje, jest zupełnie inne. Stąd św. Paweł mówił: „O głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi! Kto bowiem poznał myśl Pana, albo kto był Jego doradcą?” (Rz 11,33–34). Rzeczywistość Boża przerasta „o niebo” ludzką wyobraźnię. Kiedy więc wiara uczy, że Jezus „wstąpił na niebiosa”, nie należy wyobrażać sobie jakiegoś materialnego przeniesienia. To jest tylko obraz. Rozbudza on jedynie naszą wyobraźnię, wyrażając osiągnięcie przez Jezusa większej władzy i czci.
Prawda o „wstąpieniu na niebiosa” jest dla nas źródłem wielkiej radości: Jezus jest w niebie, ale zarazem jest z nami. Nie opuścił nas, nie osierocił, nie porzucił na pastwę losu, wszak sam obiecał, że nie zostawi nas sierotami (por. J 14,18). Przyrzekł pozostać z nami w Eucharystii i zesłać nam ponadto Ducha Świętego. To wielki dar i wielka obietnica, których dotrzymał, jest bowiem Bogiem, nie człowiekiem. Kiedy więc przyjmuję Go w komunii świętej, goszczę niebo w duszy i łączę się z Nim, który „wstąpił na niebiosa”.
Przed wstąpieniem „do Ojca” Jezus dokonał jeszcze rozesłania swoich uczniów. „Wy jesteście świadkami tego” (Łk 24,48) powiedział i dodał: „Idźcie na cały wiat i głoście Ewangelię” (Mk 16,15). Jezus znika, aby pojawili się wierzący. Odtąd On działa w nich i poprzez nich. Przed całym światem mają być świadkami Jego słów i czynów, nade wszystko zaś świadkami Jego zmartwychwstania i wniebowstąpienia.
13. Siedzi po prawicy Boga, Ojca wszechmogącego
W tym artykule Credo chodzi oczywiście o Jezusa Chrystusa, który jako uwielbiony Pan wstąpił do nieba i zasiadł po prawicy Boga, Ojca wszechmogącego. Św. Jan z Damaszku pisał w VIII wieku: „Twierdzimy wprawdzie, że po prawicy Boga Ojca zasiada Chrystus cieleśnie, lecz nie pojmujemy prawicy Ojca w sensie miejsca. Bo jakże Niewymierny mógłby mieć lokalnie pojętą prawą stronę?”. Stąd Katechizm uczy, że „przez prawicę Ojca rozumiemy chwałę i cześć Bóstwa, gdzie Ten, który istniał jako Syn Boży przed wszystkimi wiekami, jako Bóg i współistotny Ojcu, zasiadł cieleśnie po Wcieleniu i uwielbieniu Jego ciała” (663). Papież św. Leon Wielki w kazaniu na uroczystość Wniebowstąpienia mówił, że czcimy pamiątkę owego dnia, „w którym Chrystus wyniósł naszą słabą ludzką naturę na tron Ojca, ponad wszystkie wojska niebieskie, ponad chóry anielskie i wszystkie moce niebios. (…) Święci apostołowie pojęli wówczas duchem, że Ten, który do nich zstąpił, nie opuścił swego Ojca, a wstępując do Niego, nie opuścił swoich uczniów”.
Aż dwadzieścia razy pojawia się na kartach Nowego Testamentu obraz zwycięskiego Jezusa, który siedzi po prawicy Boga. Mówił o tym sam Jezus w uroczystej deklaracji mesjańskiej, którą złożył przed Sanhedrynem, a która kosztowała Go życie. Czytamy: „A najwyższy kapłan rzekł do Niego: Poprzysięgam Cię na Boga żywego, powiedz nam: Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży? Jezus mu odpowiedział: Tak, Ja Nim jestem. Ale powiadam wam: Odtąd ujrzycie Syna Człowieczego siedzącego po prawicy Wszechmocnego i nadchodzącego na obłokach niebieskich” (Mt 26,63–64). Ewangelista Marek relacjonuje, że po rozmowie z uczniami „Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga” (Mk 16,19). Bogatszy opis tej prawdy znajdujemy w Liście do Efezjan św. Pawła. Pisze on, że „Ojciec wskrzesił Go [Chrystusa] z martwych i posadził po swojej prawicy na wyżynach niebieskich, ponad wszelką Zwierzchnością i Władzą, i Mocą, i Panowaniem, i ponad wszelkim innym imieniem wzywanym nie tylko w tym wieku, ale i w przyszłym. I wszystko poddał pod Jego stopy, a Jego samego ustanowił nade wszystko Głową dla Kościoła, który jest Jego Ciałem, Pełnią Tego, który napełnia wszystko wszelkimi sposobami” (Ef 1,20–24; por. 1 P 3,22).
Chrystus, który jest Synem Bożym, mającym pełnię władzy „w niebie i na ziemi” (Mt 28,18), zasiadł po prawicy Ojca, aby wstawiać się za nami. Stąd retoryczne pytanie św. Pawła: „Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł [za nas] śmierć, co więcej – zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami?” (Rz 8,34). Jest więc dla nas źródłem nadziei i znakiem miłosierdzia. Sam Chrystus mówił więc św. Faustynie: „Łaski z Mojego Miłosierdzia czerpie się jednym naczyniem, a nim jest – ufność. Im dusza więcej zaufa, tym więcej otrzyma. Wielką mi są pociechą dusze o bezgranicznej ufności, bo w takie dusze przelewam wszystkie skarby swych łask” (Dz. 1578).
Miłosierdzie (wstawiennictwo) Jezusa, który jest po prawicy Ojca, widać wyraźnie chociażby w opisie śmierci pierwszego męczennika Szczepana. Dzieje Apostolskie piszą, że „pełen Ducha Świętego patrzył w niebo i ujrzał chwałę Bożą i Jezusa, stojącego po prawicy Boga. I rzekł: Widzę niebo otwarte i Syna Człowieczego, stojącego po prawicy Boga” (Dz 7,55–56). Ojcowie Kościoła wyjaśniali, że Jezus nie siedzi, ale stoi po prawicy Boga, aby wspomagać Szczepana, żeby nie osłabł, żeby wytrwał w swoim męczeństwie do końca! „Sędziemu przystoi, żeby siedział, postawa zaś stojąca temu, kto walczy lub w walce pomaga – mówił papież Grzegorz Wielki w kazaniu na Wniebowstąpienie. – Otóż Szczepan, kiedy toczył swoją ciężką walkę, zobaczył stojącego Jezusa, który go wspierał. Zesłana przez Jezusa łaska walczyła w jego obronie, aby Szczepan zwyciężył na ziemi niedowiarstwo prześladowców”.
W wyznaniu wiary o Chrystusie, który „siedzi po prawicy Boga, Ojca wszechmogącego”, Kościół ogłasza dwie ważne prawdy; pierwsza mówi o wywyższeniu człowieczeństwa Chrystusa, druga z kolei o obietnicy i zarazem początku naszego wywyższenia. Właśnie dlatego teologowie i artyści wszystkich wieków zgodnie twierdzili, że Chrystus uwielbiony zachował na swoim ciele rany męki krzyżowej, które nie były jedynie znakiem Jego tryumfu nad śmiercią, ale także znakiem nieustannego wstawiennictwa za nami. Prawdę tę ujął pięknie św. Tomasz z Akwinu w Summie teologicznej. Uczył, że „skoro Chrystus jest naszą Głową, to, co zostało udzielone Chrystusowi, stało się w Nim również naszym udziałem. I dlatego Apostoł mówi, że Bóg wskrzesił nas poniekąd razem z Nim, bo On już powstał z martwych. Nie jesteśmy jednak jeszcze wskrzeszeni osobiście; jeszcze nas to czeka, jak powiada Apostoł: Ten, który z martwych wzbudził Jezusa Chrystusa, ożywi i nasze śmiertelne ciała (Rz 8,11). W innym zaś miejscu – głosił św. Tomasz – Apostoł napisze: posadził nas razem z sobą na wyżynach niebieskich (Ef 2,6), ponieważ zasiada tam Chrystus, nasza Głowa”.
14. Stamtąd przyjdzie
Chrystus, który „siedzi po prawicy Boga, Ojca wszechmogącego”, przyjdzie ponownie. W tej chwili interesuje nas wyłącznie prawda o Jego ponownym przyjściu, bez opisywania powodu. Wiara uczy więc, że Zbawiciel, który odszedł, powróci, lecz Jego przyjście będzie inne od pierwszego: przyjdzie w chwale nie w pokorze ciała. Nowy Testament określa to przyjście terminem paruzja, czyli „obecność”: obecność osoby szczególnej, ważnej, znaczącej, np. cesarza. Lecz w naszym przypadku chodzi o powtórne przyjście Chrystusa, który na nowo stanie się obecny na Ziemi.
Skąd wiemy, że to nastąpi? Skąd czerpiemy o tym wiedzę? Najpełniejszy opis paruzji podaje Mateusz. Pisze on, że „zaraz też po ucisku owych dni słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku; gwiazdy zaczną padać z nieba i moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wówczas ukaże się na niebie znak Syna Człowieczego, i wtedy będą narzekać wszystkie narody ziemi; i ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłokach niebieskich z wielką mocą i chwałą” (Mt 24,29–30).
Nie brakowało i nadal nie brakuje tych, którzy często i chętnie posługiwali się i posługują tym opisem, aby siać strach i wywoływać psychozę, której efektem są różne zaburzenia kontaktu z rzeczywistością, apatie, dezorientacja w związkach, urojenia czy halucynacje. Czy Chrystusowi chodziło właśnie o to, kiedy mówił, że wróci? Czy chciał nas straszyć? Z pewnością nie! A jednak strach przed końcem świata przybierał na sile pod wpływem różnych bodźców zewnętrznych, symbolicznych dat, kataklizmów, zmian cywilizacyjnych itd. Było też wielu fałszywych proroków, którzy wskazywali konkretną datę końca świata i przyjścia Chrystusa. I wielu im wierzyło. A czy my mamy im wierzyć? Nie pozwala na to Jezus, wszak zaznacza, że „o dniu owym i godzinie nikt nie wie, nawet aniołowie niebiescy, tylko sam Ojciec” (Mt 24,36). Oznacza to, że także Chrystus, ale tylko jako człowiek, ignoruje datę ponownego przyjścia, lecz zna ją jako Boży Syn.
Jezus wyraźnie więc mówi, że powróci, aby zjednoczyć na nowo swoich wybranych, nie wskazuje jednak konkretnej daty powrotu. Faktem zatem jest Jego powrót, lecz nie czas i sposób. To, kiedy i jak to nastąpi, jest bardziej figurą literacką, nie zaś dokładnym opisem „dnia Pańskiego” (Łk 17,24.26), stąd ich interpretacja jest dowolna.
Brak precyzji rozbudzał i rozbudza fantazję, domysły, spekulacje wielu. Przyjmuje się, że nie tylko dzisiaj istniały w teologii dwa nurty odczytywania słów Chrystusa. Pierwszy nurt wzywał do biernego czuwania, drugi do aktywności. Co to znaczy? Otóż przedstawiciele pierwszego nurtu są zdania, że ponieważ nie da się ustalić daty (jak czynią to np. Świadkowie Jehowy) ponownego przyjścia Chrystusa, stąd też musimy jedynie czuwać (por. Mk 13,37). Drugi nurt, przeciwny, sądzi, że przyjście Chrystusa jest wprawdzie dziełem Boga, ale dokona się przy współudziale człowieka. Może on odkrywać znaki, bardziej lub mniej czytelne, jakich Bóg mu udziela, aby rozpoznać Jego ponowne przyjście.
Który z dwóch nurtów jest bliższy prawdy? Wielu skłania się ku drugiemu, bo mówią, że o znakach mówił sam Chrystus, że mnożyć się będą fałszywi mesjasze, że będą wojny ogarniające cały świat, trzęsienia ziemi, klęski głodu, prześladowania chrześcijan, katastrofy kosmiczne i że nawróci się cały Izrael. Ale nie trzeba przekonywać, że w praktyce znaki te odnoszą się do wszystkich pokoleń. Od niepamiętnych czasów były trzęsienia ziemi, powodzie, ocieplenia czy ochłodzenia atmosferyczne, erupcje wulkanów, zaś Antychryst występuje w całej historii, choć w różnych postaciach. Ktoś może jeszcze dodać, że znakiem powtórnego przyjścia Jezusa jest „głoszenie Ewangelii całemu stworzeniu”, ale już św. Pawłowi i Markowi wydawało się, że nakaz głoszenia Ewangelii wszystkim narodom został wypełniony. Co począć? Trzeba żyć w przekonaniu, że czas ostateczny trwa stale. Ponieważ nie znam dnia ani godziny mojej śmierci, muszę zachować stałą czujność. Jezusowi chodzi bowiem o koniec jakiegoś świata, nie zaś o koniec tego świata. Tym „jakimś” światem może być np. „świat” mojego życia, stąd każdy dzień może być dniem ostatnim, a więc i czasem ostatecznym. Może nim być też jakiś okres historyczny czy polityczny.
Niewiedza o ponownym przyjściu Chrystusa wzywa wierzącego do czuwania i modlitwy, aby był gotowy na spotkanie, kiedy Syn Boży przyjdzie, kiedy wybije ostatnia godzina jego ziemskiego pielgrzymowania. Pewne jest bowiem, że Chrystus przyjdzie, niepewne pozostają tylko czas, miejsce, okoliczności itd. Do czujności wzywał sam Zbawiciel: „Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie” (Mt 24,42–44). Wzywali do niej święci i pisarze duchowi wszystkich czasów. Tomasz à Kempis, zakonnik z przełomu XVI i XVII w., w swoim sławnym dziełku O naśladowaniu Chrystusa apelował: „Tak powinieneś zachować się w każdym czynie i w każdej myśli, jak gdybyś dziś miał umrzeć. Jeśli miałbyś czyste sumienie, nie bałbyś się bardzo śmierci. Lepiej jest unikać grzechu, niż uciekać przed śmiercią. Jeśli dziś nie jesteś gotowy, czy będziesz gotowy jutro?” (I, 23,1).
15. Sądzić żywych i umarłych
Chrystus nie tylko powróci, o czym pisałem wcześniej. Tym razem wróci jednak po to, by dokonać sądu. Mówi o tym wyraźnie Mateusz: „Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie” (Mt 25,31–33).
Drugim momentem, ściśle związanym z paruzją Chrystusa, z Jego nową obecnością na Ziemi, jest sąd nad światem i jego mieszkańcami: sąd szczegółowy i ostateczny. Bylibyśmy jednak w błędzie, sądząc, że sąd dokonywać się będzie w nieznanej przyszłości ponownego przyjścia Chrystusa i że czas życia jest czasem pustym, bez znaczenia, bez wpływu na przyszłość. Wręcz odwrotnie. Św. Paweł przypomina, że sąd rozgrywa się już teraz, już w obecnym życiu. Materią tego sądu jest wiara lub niewiara w Chrystusa (por. Rz 3, 21n). Już teraz rozstrzyga się, jakie miejsce zajmę w przyszłym życiu. Sąd ostateczny, który dokonuje się już obecnie, osądza mój stosunek do słowa Chrystusa. Zbawiciel pyta, czy przyjmuję Jego słowo, czy Jemu wierzę i czy żyję tak, jak naucza (por. Mt 10,32). Ale tekst Mateusza dostarcza innych jeszcze kryteriów tego sądu. Chrystus pytał będzie o mój stosunek do brata, siostry, głodnego, nagiego, uwięzionego itd. Zaś nieco wcześniej ten sam Ewangelista pisze, że boski Sędzia pytał też będzie, czy i w jakim stopniu wykorzystałem otrzymane talenty, czy może je zmarnowałem (por. Mt 25,30). Chodzi więc o mój stosunek do dobra lub zła, rozumianych całościowo. W efekcie Bóg „odda każdemu według uczynków jego: tym, którzy przez wytrwałość w dobrych uczynkach szukają chwały, czci i nieśmiertelności – życie wieczne; tym zaś, którzy są przekorni, za prawdą pójść nie chcą, a oddają się nieprawości – gniew i oburzenie” (Rz 2,6–8). Nauka Katechizmu jest w harmonii z tym, co mówi Biblia. „W obliczu Chrystusa – uczy – który jest prawdą, zostanie ostatecznie ujawniona prawda o relacji każdego człowieka z Bogiem. Sąd Ostateczny ujawni to, co każdy uczynił dobrego, i to, czego zaniechał w czasie swego ziemskiego życia” (1039).
Opisując freski Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej, św. Jan Paweł II notował w Tryptyku rzymskim:
Tak więc to tu – patrzymy i rozpoznajemy
Początek, który wyłonił się z niebytu
Posłuszny stwórczemu Słowu;
Tutaj przemawia z tych ścian.
A chyba potężniej jeszcze przemawia Kres.
Tak, potężniej przemawia Sąd.
Sąd, ostateczny Sąd.
Oto droga, którą wszyscy przechodzimy
– Każdy z nas.
Nikt nie uniknie sądu. Każdy będzie musiał stanąć przed obliczem Sędziego i przeglądając się w Jego pięknie, niczym w zwierciadle, oceniał będzie swoje do Niego podobieństwo, wszak do tego powołał go Stwórca. Powiedział do biblijnych rodziców, że czyni ich na swój „obraz i podobieństwo”. I z tego będzie sądził człowieka. Dopóki jesteśmy pielgrzymami na ziemi, dana jest nam szansa korzystania z miłosierdzia. Kiedy bierzemy na serio naszą odpowiedzialność za swe grzechy, Bóg nam je przebacza i na sądzie nie będzie ich uwzględniał.
Pewien dobry, aczkolwiek słaby chrześcijanin spowiadał się, jak zwykle, u swojego proboszcza. Jego spowiedzi przypominały zepsutą płytę: zawsze te same uchybienia, a przede wszystkim ten sam poważny grzech.
– Koniec tego! – powiedział mu pewnego dnia zdecydowanym tonem proboszcz. – Nie możesz żartować sobie z Boga. Naprawdę ostatni już raz rozgrzeszam cię z tego przewinienia. Pamiętaj o tym!
Ale po piętnastu dniach człowiek znów przyszedł do spowiedzi, wyznając ten sam grzech. Spowiednik naprawdę stracił cierpliwość:
– Uprzedzałem cię, że nie dam ci rozgrzeszenia. Tylko w ten sposób się nauczysz…
Poniżony i zawstydzony mężczyzna podniósł się z klęczek. Dokładnie nad konfesjonałem zawieszony był na ścianie wielki, gipsowy krzyż. Człowiek wzniósł nań swe spojrzenie. I właśnie w tym momencie gipsowy Chrystus z krzyża ożywił się, podniósł swoje ramię i uczynił znak przebaczenia: „Rozgrzeszam cię z twojej winy…”
Bruno Ferrero pisał, że „każdy z nas związany jest z Bogiem pewną nitką. Kiedy popełniamy grzech, ta nić się przerywa. Ale kiedy ubolewamy nad naszą winą – Bóg zawiązuje na nitce supełek i w ten sposób staje się ona krótsza. Przebaczenie zbliża nas do Boga”. Św. Jan od Krzyża powie, że „pod wieczór naszego życia będziemy sądzeni z miłości”. Zaś św. Jan Paweł II dopowie, że „to miłość przede wszystkim sądzi. Bóg, który jest miłością, sądzi przez miłość. To miłość domaga się oczyszczenia, zanim człowiek dojrzeje do tego zjednoczenia z Bogiem, które jest ostatecznym jego powołaniem i przeznaczeniem”.
16. Wierzę w Ducha Świętego
Podczas Wniebowstąpienia Jezus rzucił okiem w kierunku Ziemi znikającej w ciemności. Tylko nieliczne, maleńkie światła błyszczały nieśmiało w mieście Jeruzalem.
Archanioł Gabriel, który przybył na powitanie Jezusa, zapytał:
– Panie, co to za światełka?
– To moi uczniowie zgromadzeni na modlitwie wokół mojej Matki. Mam plan, że jak tylko wstąpię do nieba, wyślę im mojego Ducha Świętego, aby te drżące płomyczki stały się nieugaszonym ogniem, powoli rozpalającym miłość wśród wszystkich narodów ziemi!
Archanioł Gabriel ośmielił się ponownie zapytać:
– A co zrobisz, Panie, jeśli ten plan się nie powiedzie?
Po chwili ciszy Pan odpowiedział mu łagodnie:
– Ale Ja nie mam innego planu…
W Credo mówi się o wierzeniu „w” tylko w odniesieniu do trzech Osób Boskich: wierzę w Boga Ojca…, wierzę w Jezusa Chrystusa…, wierzę w Ducha Świętego. Nie mówi się natomiast, że wierzy się w święty Kościół powszechny, ale że jedynie się wyznaje Kościół święty. Chrześcijanie nie wierzą w coś, ale wierzą w Kogoś. Kiedy więc mówię, że wierzę w Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego, chcę tym samym powiedzieć, że ufam bezgranicznie Trójjedynej Miłości. „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie!” (J 14,1) – zachęcał uczniów Jezus.
Duch Święty, trzecia Osoba Trójcy Świętej, jest równy w istocie i istnieniu Bogu Ojcu i Bogu Synowi. Lecz Jego obecność w historii zbawienia objawiała się stopniowo, chociaż od początku był aktywny w stworzeniu. Objawiał się już przy stworzeniu świata (Ruah Jahwe) i człowieka. Mówił przez proroków, jak uczy wiara. Izajasz zapowiadał siedem darów Ducha Świętego oraz prorokował, że na Mesjaszu spocznie Duch Pański (Iz 11,1–3; 61,1n). Manifestuje także swoją obecność przy chrzcie Jezusa w Jordanie, na początku publicznej działalności Mistrza z Nazaretu. Dlatego też Jezus naucza mocą Ducha. Jednak Duch nie jest jeszcze w pełni rozpoznawany. Pełne Jego objawienie i przyjście zapowiedział Jezus w Wieczerniku, kiedy rzekł, że „przyjdzie Pocieszyciel, którego Ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca pochodzi, On będzie świadczył o Mnie” (J 15,26).
Różne imiona posiada Duch Święty. Jest nazywany Panem i Stworzycielem, i Ożywicielem, który „daje życie” (J 6,63), wszak jest „duchem ożywiającym” (1 Kor 15,45). W dziele stworzenia obdarzył Adama tchnieniem (pnoe!) życia, dzięki czemu ten stał się istotą żyjącą (Rdz 2,7). W ogóle element życia jest silnie związany z Duchem Świętym. Oto w tajemnicy wcielenia Duch Pański zstępuje na Maryję i odtąd nabiera w Niej kształtu ludzkie ciało Chrystusa. Działał w życiu Jezusa, który był „pełen Ducha Świętego” (Łk 4,1) i Jego mocą „wyrzucał złe duchy” (Mt 12,24). Dzięki Jego mocy Chrystus powstaje z martwych, zaś w Eucharystii, kiedy Go przyzywany, zamienia chleb w żywe ciało Chrystusa, a wino w żywą Jego krew. Także nasze zmartwychwstanie na końcu czasów dokona się za sprawą Ducha Świętego: „Jeżeli mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrzesił z martwych, to Ten, co wskrzesił Chrystusa z martwych, przywróci do życia wasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w was swego Ducha” (Rz 8,11) – uczy święty Paweł. Wszędzie więc chodzi o życie, jego przywracanie czy rozwój, bogacenie się czy pogłębianie. Jest to wszystko dziełem Ducha. Św. Jan Paweł II w encyklice Dominum et Vivificantem pisze, że Duch Święty, obecny w życiu wierzących i Kościele, jest autentycznym źródłem (fons vivus) i dawcą życia (DeV nr 10).
Nie sposób powiedzieć wszystkiego o Duchu. „Jest ponadto wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał, a które gdyby je szczegółowo opisać, to sądzę, że cały świat nie pomieściłby ksiąg, jakie trzeba by napisać” (J 21,25) – mówił Jan o Jezusie, ale słowa te pasują także do Ducha.
Duch Święty jest wielkim bogactwem życia wierzącego i Kościoła. Jest zaczynem, który wszystko przemienia, doskonali, rozbudza do życia, przywraca siłę do nadziei i ufność w ostateczne zwycięstwo dobra. Bóg podarował nam Ducha i „nie ma innego planu”. Oznacza to, że Duch jest wystarczająco wielką siłą, abym wyszedł zwycięsko ze wszystkiego, co niesie życie, z różnych przeciwności, pokus czy bezpośredniego ataku diabła. „Jeżeli zaś przy pomocy Ducha zadawać będziecie śmierć popędom ciała – będziecie żyli” (Rz 8,13) – mówi apostoł Paweł. Duch Święty nie jest wynagrodzeniem za gorliwość, ale jej źródłem, przyczyną, owocem. Wierzący staje się gorliwy, bo otrzymał dar Ducha. Nikt zatem „nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: «Panem jest Jezus»” (1 Kor 12,3b).
Pewna historyjka mówi, że starszy człowiek poszedł do księdza i powiedział:
– Wie ksiądz, właśnie skończyłem czytać calutką Biblię, już po raz piąty w życiu.
Ksiądz spojrzał na niego i odparł:
– Proszę pana, najważniejsze jest wcale nie to, ile razy zagłębiał się pan w Biblię, ale ile razy Biblia zagłębiła się w pana.
Trzeba pozwolić Duchowi Świętemu, aby wchodził w nasze życie i je przemieniał.
17. Święty Kościół powszechny
Istnienie Kościoła jest – jak sądzi wielu – najlepszym dowodem na to, że założył go Chrystus zmartwychwstały, który pokonał śmierć, stąd też Kościoła nie jest w stanie nikt pokonać. Zresztą sam Chrystus złożył obietnicę, że „bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16,18), że moce piekielne same nie zniszczą Kościoła będącego mistycznym Ciałem Chrystusa. Ataki z zewnątrz nie spowodują, że Kościół zbudowany na fundamencie Piotra runie niczym dom zbudowany na piasku. W obietnicy Jezusa dotyczącej Kościoła zawarty jest moment walki, zmagań. Jednak jest ona również przyrzeczeniem szczególnej opieki Chrystusa nad Kościołem na czas jego istnienia i aż do końca świata. Warto jednak zauważyć, że obietnica Kościoła, którego moce piekielne nie przemogą, odnosi się tylko do Kościoła zbudowanego na fundamencie Piotra. Chrystus jest Budowniczym, który buduje na Skale-Piotrze. Metafora budowania fundamentów na skale wyraża idee trwałości i siły.
W Biblii pojawiają się różne obrazy Kościoła, które przypomniał Sobór Watykański II. Mówi się więc o owczarni, ludzie Bożym, polu uprawnym, oblubienicy Chrystusa, ale wśród najważniejszych i najgłębszych jest obraz „ciała Chrystusa”. Wiele mówi o nim konstytucja soborowa Lumen gentium (1,7). Dlatego też, kiedy się mówi o Kościele, poprawniej jest pytać kim jest Kościół niż czym jest. Kościół, chociaż przypomina organizacje tworzone przez ludzi, taką organizacją nie jest. Jest dziełem Boga, który obiecał być z nim aż do skończenia świata, chociaż nie obiecał, że będzie mu łatwo i przyjemnie. Przypomniał o tym papież Franciszek w kazaniu w Domu Świętej Anny, wygłoszonym 9 maja 2020 roku. „Z jednej strony jest Pan, jest Duch Święty, który sprawia, że Kościół się rozwija, i to rozwija coraz bardziej: to prawda – mówił. – Ale z drugiej strony jest zły duch, który próbuje zniszczyć Kościół. Zawsze tak jest. Idziemy naprzód, ale wtedy nadchodzi nieprzyjaciel, próbując zniszczyć. Na dłuższą metę bilans jest zawsze pozytywny, ale jak wiele wysiłku, ile cierpienia, ileż męczeństwa!” I wskazywał zarazem, w kim Kościół ma pokładać ufność: „Bądźmy ostrożni, głosząc Ewangelię, aby nigdy nie wpadać w pokusę pokładania ufności we władzach doczesnych i pieniądzach. Ufnością chrześcijan jest Jezus Chrystus i Duch Święty, którego On posłał. Duch Święty jest zaczynem, jest siłą, która sprawia, że Kościół wzrasta. Tak, Kościół idzie naprzód, w pokoju, z wyrzeczeniem, radosny: między pociechami Boga a prześladowaniami świata”.
Credo, uchwalone na soborach w Nicei (325) i Konstantynopolu (381), uczy, że Kościół jest jeden, święty, powszechny i apostolski. „Jedność” Kościoła realizuje się na dwóch poziomach – widzialnym i niewidzianym. Łączy w jedno (jedność widzialna) tych, którzy uczestniczą w sakramentach, Piśmie świętym, władzy, i tych (jedność niewidzialna), którym wspólne jest to, co ukryte w znakach widzialnych, czyli Duch Święty, łaska, miłość. Pełna przynależność do Kościoła wymaga widzialnej komunii znaków sakramentalnych i niewidzialnej komunii łaski. A co znaczy, że Kościół jest „święty”? Oznacza, że posiada on środki łaski, które karmią życie duchowe, pozwalają tym, którzy je przyjmują, zbliżać się do Boga, stawać się świętymi. W Biblii spotykamy się z obrazem Kościoła jako „czystej nierządnicy” (por. Joz 2,1–21). Pojawia się też wyrażenie sancta et semper reformanda, czyli święty i zawsze potrzebujący reform. Wyrażają one dobrze to współmieszkanie grzechu i świętości w Kościele. Credo uczy też, że Kościół jest „powszechny”, czyli katolicki. Grecki przymiotnik katholikos pochodzi od przysłówka katholou i znaczy: „w całości, w ogóle, wszędzie, powszechnie”. „Katolicki” oznacza zatem dwojaką powszechność: zewnętrzną i wewnętrzną, geograficzną i duchową, doktrynalną. Kościół obejmuje wszystkich ludzi, całą Ziemię i posiada całą prawdę, „całego” Chrystusa. Jest „pełnią Tego, który napełnia wszystko wszelkimi sposobami” (Ef 1,23). Kościół jest ponadto „apostolski”. Czytamy o tym w Liście do Efezjan (2,19–21). Oznacza to, że jest on zjednoczony z Chrystusem, który jest jego kamieniem węgielnym, założycielem, ale w tym zjednoczeniu pośredniczą apostołowie, którzy są jego fundamentem. Chrystus ustanowił Kościół, kiedy wybrał Dwunastu i posłał ich, aby nauczali „wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” i aby uczyli ich „zachowywać wszystko, co wam przekazałem” (Mt 28,19–20). Poprzez sukcesję apostolską Kościół „dzisiaj” robi to samo i naucza tego samego, co robili i czego nauczali apostołowie. Trzeba nam bardzo pamiętać o tym i przypominać. Dzisiaj, jak zdarzało się to i dawniej, jest brak – i to w samej wspólnocie Kościoła – świadomości, czym jest Kościół i na jakim fundamencie został on ustanowiony. Obecny jest w Kościele funkcjonalizm, pokładanie ufności w strategiach marketingowych. Mnożą się „medialne ambony” z samozwańczymi kaznodziejami, uzurpującymi sobie rolę sędziów wszystkiego i wszystkich. Globalizacja i swobodny dostęp do mediów stały się narzędziem rozsiewania półprawd i świadomej dezinformacji niektórych samozwańczych „mediów katolickich” (por. Tornielli i Valente, Dzień sądu, s. 11–12).
Trzeba ciągle uczyć się kochać Kościół, ten realny, nie idealny. Trzeba mieć go za matkę, to znaczy nie tylko być ochrzczonym, ale poważać Kościół, szanować jak swoją matkę, czuć się z nim solidarnym w dobrej i złej doli. „Mąż nie chodzi od domu do domu, by donosić sąsiadom, że jego żona jest ladacznicą” – pisał Antoine de Saint-Exupéry. A tak, niestety, czynią niektórzy członkowie Kościoła. Nie jest to droga miłości ani droga naprawy Kościoła. Trzeba leczyć rany Kościoła z miłością i oddaniem.
18. Świętych obcowanie
Profesor Abraham Maslow, amerykański psycholog, autor teorii hierarchii potrzeb, zwykł zadawać swoim studentom pytania typu: „Który z was napisze następną powieść?” albo „Kto z was będzie święty tak jak Schweitzer?”.
Wobec takich wyzwań studenci zazwyczaj mogli się tylko rumienić, nerwowo chichotać i skręcać z zakłopotania. A słynny psycholog zapewniał ich, że mówi całkiem serio. „Jeśli nie wy, to kto?” – pytał. Każdy z nas mógłby zadać sobie to pytanie.
W każdej chwili Bóg daje nam szansę, byśmy byli kimś lepszym, osiągnęli więcej. W każdej chwili Bóg daje nam to, czego potrzebujemy, by odpowiedzieć na to wyzwanie. Mamy wszystko, co konieczne. Czy to wykorzystamy? A jeśli nie my, to kto?
Święci są tymi, którzy wykorzystali daną im szansę do bycia lepszymi, osiągnięcia tego, czego inni nie osiągnęli albo osiągnęli w mniejszym stopniu. Są szczęśliwi. Byli dobrzy w rzeczach pięknych i szlachetnych w życiu ziemskim i nie przestali być nimi po śmierci. Odchodząc z Ziemi, zabrali ze sobą to, co najbardziej szlachetne, czyli pragnienie czynienia dobra, uszczęśliwiania innych. Pragnienia te wręcz się spotęgowały. Ponieważ już rozkoszują się oglądaniem Boga „twarzą w twarz”, mogą wstawiać się za żyjącymi, aby także oni w swoim czasie dostąpili tej radości. Mówił o tym często św. Maksymilian Kolbe. „Wspólnota świętych” (świętych obcowanie, communio sanctorum) oznacza właśnie zjednoczenie wiernych żyjących na ziemi, przeżywających stan oczyszczenia w czyśćcu i radujących się już w niebie. Jest to Kościół pielgrzymujący, oczyszczający się i uwielbiony.
Termin polski „obcować” oddaje naturę tego, o czym mówimy. Obcować, czyli być obok, być blisko. Zmarli nie zapominają o nas, nawet jeżeli my ich nie widzimy. Wiara mówi, że oni są z nami, wstawiając się za nami przed Bogiem, orędują. W jakiejkolwiek sytuacji byśmy się nie znaleźli, nie jesteśmy sami, opuszczeni, zapomniani. Wiara uwalnia z samotności. Nie tylko w tym znaczeniu, że uświadamia nam, iż Bóg, który jest wspólnotą Ojca, Syna i Ducha Świętego jest z nami, ale uczy, że z nami są również święci i aniołowie. Kościół zbawionych, czyli Kościół niebiański, do którego należą wszyscy święci w niebie wraz z Matką Bożą Maryją i aniołami, wstawia się za nami, którzy należymy do Kościoła pielgrzymującego. Sobór Watykański II mówił, że z ich strony istnieje „braterska troska” o nas, wstawiają się za nami. Oczywiście, kusi nas zły duch, diabeł, ale w walce z nim pomagają nam aniołowie, święci, zmarli, którzy żyją w Bogu. Życie jest ciągłym zmaganiem się z przeciwnościami, złem i zakusami szatana, dlatego Bóg mnie nie zostawia bez pomocy. Chce bardzo, aby nam się udało żyć dobrze, abyśmy wyszli zwycięsko z trudności. Nasze szczęście jest największą radością Boga i tych, którzy dostąpili już zbawienia.
Ale obcowanie świętych działa również w drugą stronę, czyli że żyjący – jako dobrzy ludzie – pamiętają o tych, którzy odeszli, umarli, ale potrzebują wstawiennictwa. Należą oni do Kościoła oczyszczającego się. Pismo święte mówi o życiu, które nie kończy się wraz ze śmiercią, ale istnieje nadal w obecności Boga. To przyszłe życie obejmuje również konieczność oczyszczenia się z ziemskich słabości. Czyściec jest właśnie stanem oczyszczania się. Prawdę o nim sformułował Kościół na Soborze Trydenckim (XVI w.). Jest on stanem duszy, która umiera w łasce, ale nadal potrzebuje oczyszczenia się z nieodpokutowania kary za grzechy. Pragnie stanąć przed obliczem Najświętszego, ale nie może, bo musi się obmyć ze swoich brudów. Bóg miłosierny pozwala jej to czynić. W tym procesie oczyszczania się, czyli przygotowywania się na spotkanie z Panem, żyjący pomagają „duszom czyścowym” poprzez modlitwę, ofiarę Mszy św., tzw. „gregorianki”, post, odpusty, dobre uczynki. Pisarz natchniony uczy, że dobrze robimy, kiedy o nich wspominamy (por. 2 Mch 12,45). Dusze czyścowe są pewne zbawienia, ale nie są jeszcze w stanie oglądać piękna Boga, dlatego cierpią. Oczyszczają się więc, by dostąpić visio beatifica, czyli wizji oglądania Boga „twarzą w twarz”.
Kościół zachęca wiernych, by pamiętali o niesieniu pomocy zmarłym. A ponieważ nie wiemy, kto ze zmarłych przeżywa stan oczyszczenia, dlatego Kościół zachęca do pamiętania o wszystkich zmarłych. W szczególny sposób Kościół modli się za nich 2 listopada, w Dzień Zaduszny.
Świętych obcowanie jest więc wyrazem chrześcijańskiej solidarności, nie tylko w wymiarze ziemskim, cielesnym, ale także duchowym, ponadczasowym.
Tradycja Kościoła przypomina o naszej pomocy w wybawieniu zmarłych przebywających w czyśćcu. Stąd wypływa praktyka modlitwy za zmarłych, a szczególnie zadośćuczynienia za ich ziemskie winy (por. 2 Mch 12,45 – ofiara przebłagalna za zabitych). Najnowsze przemyślenia teologiczne podkreślają stan czyśćca jako wyjątkowo nasycony „ładunkiem chrześcijańskiej nadziei i miłości”. Jest to zatem stan chrześcijańskiej solidarności między żywymi a umarłymi. Obcowanie świętych to wzajemna wymiana darów duchowych między niebem, czyśćcem a ziemią. Święci są nie tylko wzorami człowieczeństwa, ale i życia chrześcijańskiego.
19. Grzechów odpuszczenie
Dawno temu był sobie słynny kowal, który trafił do lochu skuty łańcuchem. Zaczął się dokładnie przyglądać jego ogniwom w poszukiwaniu słabszego miejsca, które pozwoliłoby mu zerwać okowy.
Jego nadzieje zgasły jednak, gdy odkrył znaki wskazujące na to, że to on sam wykuł ten łańcuch. Chlubił się bowiem zawsze, iż nikt nie zdoła zerwać łańcucha przezeń wykutego.
Podobnie jest z grzesznikiem. Własnymi rękami wykuwa łańcuch, który go pęta, okowy, których nie zdoła zerwać ludzka dłoń.
Nikt za mnie nie grzeszy i nikt też nie może otrzymać za mnie łaski rozgrzeszenia. Ponieważ ja popełniłem wykroczenia, również o przebaczenie musze prosić osobiście. O tym właśnie mówi niniejszy artykuł Credo.
Nie lubimy mówić o prawdzie „odpuszczenia grzechów”. Wyrażenie to odbiera się negatywnie z dwóch powodów. Pierwszym powodem jest pojęcie grzechu, drugim zaś jego odpuszczenie. Człowiek postnowoczesny chce czuć się wolny i niezależny, chce mieć wyłączne prawo do swego sumienia i moralności. Odmawia Bogu prawa do siebie i swoich czynów. Nie chce, aby ktokolwiek oprócz niego był sędzią jego wyborów, czynów, etycznych postaw. Po drugie, problemem dla człowieka dzisiejszego jest też pojęcie „odpuszczenia”. Nie chce bowiem nikomu się kłaniać, nikogo prosić o „łaskę” darowania mu czegoś czy przebaczania. Chce być samodzielny i niezależny, gdy tymczasem „odpuszczanie” zdaje się temu przeczyć, czyniąc go petentem czyjejś łaski.
Temat przebaczenia grzechów poruszył św. Jan Paweł II w katechezie środowej 8 września 1999 roku. Przypomniał, że Stary Testament na różne sposoby mówi o przebaczeniu grzechów. „Spotykamy się w związku z tym z wieloraką terminologią: grzech zostaje «przebaczony», «wymazany» (Wj 32,32), «zgładzony» (Iz 6,7), «rzucony przez Pana poza siebie» (por. Iz 38,17). Psalm 103 [102] mówi na przykład: «On odpuszcza wszystkie twoje winy, On leczy wszystkie twe niemoce» (w. 3); «Nie postępuje z nami według naszych grzechów ani według win naszych nam nie odpłaca. (…) Jak się lituje ojciec nad synami, tak Pan się lituje nad tymi, co się Go boją» (w. 10 i 13)”. Lecz gotowość Boga do udzielenia przebaczenia nie zwalnia człowieka z odpowiedzialności za nawrócenie. Biblia podkreśla jedynie, że „jeśli występny zawróci ze złej drogi, nie będą mu poczytane grzechy i będzie żył (por. Ez 18, zwłaszcza w. 19–22)”. Prawdę tę potwierdza Jezus, kiedy przytacza przypowieść «o synu marnotrawnym», która w rzeczywistości jest przypowieścią o «miłosiernym ojcu» (Łk 15,11–32). Przedstawiona w niej postawa Boga różni się zasadniczo od kryteriów i oczekiwań ludzkich. Wyjątkowy charakter postępowania ojca staje się zrozumiały, jeśli weźmiemy pod uwagę, że w czasach Jezusa synowie z reguły pracowali w domu ojca, podobnie jak dwaj synowie właściciela winnicy, o których opowiada On nam w innej przypowieści (por. Mt 21,28–31). Układ ten trwał aż do śmierci ojca i dopiero wówczas synowie dzielili między siebie dobra, które należały się im w spadku. W przypowieści jednak ojciec ulega prośbie młodszego syna, który pragnie otrzymać część dziedzictwa, i dzieli swe dobra pomiędzy niego a starszego syna (por. Łk 15,12).
Kiedy więc przystępuję do spowiedzi, spotykam się z samym Chrystusem, który z miłością czeka na mnie, bo chce przywrócić mi czystość i niewinność serca. „Kiedy się zbliżasz do spowiedzi – mówił Pan Jezus do św. Faustyny – wiedz o tym, że Ja sam w konfesjonale czekam na ciebie, zasłaniam się tylko kapłanem, lecz sam działam w duszy. Tu nędza duszy spotyka się z Bogiem miłosierdzia. Powiedz duszom, że z tego źródła miłosierdzia dusze czerpią łaski jedynie naczyniem ufności. Jeżeli ufność ich będzie wielka, hojności mojej nie ma granic. Strumienie mej łaski zalewają dusze pokorne. Pamiętaj! Pyszni są zawsze w ubóstwie i nędzy, gdyż łaska moja odwraca się od nich do dusz pokornych” (Dz. 1602).
Przez dar przebaczenia człowiek, dotąd grzeszny, zostaje przyjęty ponownie „pod dach ojcowskiego domu – uczył papież. – Bóg, miłosierny Ojciec, wita go też z radością „w odnowionej wspólnocie i przywraca go ze śmierci do życia. Dlatego «trzeba było się weselić i cieszyć» (Łk 15,32)”. Mówił też Chrystus do św. Faustyny: „Miłosierdziem moim ścigam grzeszników na wszystkich drogach ich i raduje się serce moje, gdy oni wracają do Mnie. Zapominam o goryczach, którymi poili serce moje, a cieszę się z ich powrotu. (…) Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję się w tętno ich serca, kiedy uderzy dla Mnie. Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie, i daję im, czego pragną” (Dz. 1728).
Kościół nie może nie głosić potrzeby nawrócenia. Musi nastawać „w porę i nie w porę” (por. 2 Tm 4,2). Takie zadanie zlecił mu Jezus Chrystus. Wezwanie do nawrócenia zawarte jest też w pierwszych słowach ewangelicznego orędzia: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże” (Mk 1,15). Wiara w „grzechów odpuszczenie” jest krzykiem chrześcijanina, który „z upragnieniem oczekuje objawienia synów Bożych” i dąży „do uczestnictwa w wolności i chwale dzieci Bożych” (Rz 8,19–21).
20. Ciała zmartwychwstanie
Jezus powiedział, że nasz „Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych” (Łk 20,38). Lecz czy wierzymy, że śmierć wszystkiego nie kończy? „Chrześcijańska wiara w zmartwychwstanie ciała od samego początku spotykała się z niezrozumieniem i sprzeciwem. Doświadczył tego sam apostoł Paweł, gdy zaczął głosić Ewangelię na Areopagu w Atenach: «Gdy usłyszeli o zmartwychwstaniu – opowiadają Dzieje Apostolskie – jedni się wyśmiewali, a inni powiedzieli: «Posłuchamy cię o tym innym razem»” (17, 32) – zauważał św. Jan Paweł II w katechezie z 4 listopada 1998 roku. I tak jest nadal. Śmierć bowiem pozostaje w sferze codziennego doświadczenia, wskrzeszenie umarłych natomiast w obszarze wiary.
Prawdy o zmartwychwstaniu nie można nakazać ani też doświadczyć, trzeba ją przyjąć w wierze. Wielu jej jednak nie przyjmuje. Nie wierzą oni, że Chrystus zmartwychwstał i że oni też zmartwychwstaną. Żyją, jakby śmierć kończyła wszystko, jakby po niej nie było nic a nic, pustka, nicość. Św. Paweł przedstawił zasadę życia tych, którzy nie wierzą w zmartwychwstanie: „Jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy” (1 Kor 15,32), argumentując wcześniej na korzyść tej prawdy. „Jeżeli zatem – pisał – głosi się, że Chrystus zmartwychwstał, to dlaczego twierdzą niektórzy spośród was, że nie ma zmartwychwstania? Jeśli nie ma zmartwychwstania, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. (…) Skoro umarli nie zmartwychwstają, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach. Tak więc i ci, co pomarli w Chrystusie, poszli na zatracenie. Jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania” (1Kor 15,12–19).
Ponieważ zmartwychwstał Chrystus, również i my zmartwychwstaniemy. Zmartwychwstanie Jezusa nie jest odizolowanym wydarzeniem. Stanowi ono początek i antycypację powszechnego wskrzeszenia umarłych. Jezus jest jako pierwszy, ale nie jedyny i nie ostatni. Wiara w zmartwychwstanie nie jest więc wynikiem filozoficznej spekulacji. Opiera się ona na wydarzeniu historycznym, czyli na zmartwychwstaniu Jezusa. Bóg Ojciec jest wierny miłości, którą kocha swojego Syna, Jezusa Chrystusa, i nie pozwolił Mu pozostać w grobie, ale przywrócił Go do życia. Bóg nie pozwoli zginąć niczemu, co kocha. A ponieważ kocha bezgranicznie człowieka, i kocha go mimo jego licznych upadków, przywraca go do życia duchowego – przez dar przebaczenia grzechów – i cielesnego – przez dar wskrzeszenia z umarłych. Bóg wskrzesza go w jego ciele, wszak jest On również Stwórcą ciała.
Zmartwychwstanie jest więc faktem wiary. Żyje ona ze zmartwychwstania Chrystusa i przepowiada wskrzeszenie wszystkich na sąd – jednych na życie wieczne, drugich na potępienie. Natomiast wiele pytań zostaje otwartych, gdy chodzi o sposób zmartwychwstania. Jezus wprawdzie mówi, że „ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania” (Łk 20,35–36). W jaki sposób zrozumieć te słowa? Jakie będzie nasze ciało przy zmartwychwstaniu? Jezus sugeruje, że więź pozostanie, że nie zniknie bliskość, przyjaźń, lecz coś ulega zmianie, bo „nie będą się żenić ani za mąż wychodzić”. Na różne sposoby próbowano sobie wyobrazić ciało duchowe czy stan po zmartwychwstaniu. Wiele było i jest spekulacji w tym temacie. Nie warto się nimi zajmować, bo nie wnoszą nic istotnego. Nie rozwiązują one problemu. Jest to przykryte tajemnicą. Nie stać nas, by się wznieść poza kategorie czasu i przestrzeni. Między życiem na Ziemi a życiem po śmierci, czyli tzw. innym światem, istnieje przepaść nie do przekroczenia przez człowieka ograniczonego, skończonego i niezdolnego do zrozumienia tego, czego „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć” (1 Kor 2,9). W tym samym Liście Paweł jakby jednak chciał uchylić rąbka tajemnicy, bowiem pisze: „Zasiewa się zniszczalne – powstaje zaś niezniszczalne; sieje się niechwalebne – powstaje chwalebne; sieje się słabe – powstaje mocne; zasiewa się ciało zmysłowe – powstaje ciało duchowe. Jeżeli jest ciało ziemskie, powstanie też ciało niebieskie” (1 Kor 15,42–44). Osłabienie wiary w cielesne zmartwychwstanie ma swoje następstwa w różnych przejawach wykorzystania ciała, które poniżają godność ludzką, czy w formach ubóstwiania ciała, fizycznie sprawnego czy pięknego, a marginalizowanie starości i choroby.
Wskrzeszenie przywróci nas do życia w naszym ciele, lecz będzie to ciało duchowe, „niebieskie”. Katechizm mówi, że prawda ta „przekracza naszą wyobraźnię i nasze rozumienie; jest dostępna tylko w wierze”, ale że „udział w Eucharystii daje nam już zadatek przemienienia naszego ciała przez Chrystusa” (n. 1000). „W Eucharystii – uczył św. Jan Paweł II w cytowanej katechezie – pod postaciami chleba i wina Jezus daje nam swoje ciało ożywione przez Ducha Świętego i ożywiające nasze ciało, byśmy całym naszym jestestwem, duchem i ciałem, mogli uczestniczyć w Jego zmartwychwstaniu i chwale. Ireneusz z Lyonu pisze: «Podobnie jak chleb, który jest owocem ziemi, kiedy zostało nad nim przywołane Boże błogosławieństwo, nie jest już zwykłym chlebem, lecz Eucharystią, złożoną z dwóch rzeczywistości, jednej ziemskiej, a drugiej niebieskiej, tak też i nasze ciała przyjmujące Eucharystię nie są już zniszczalne od chwili, kiedy noszą w sobie zarodek zmartwychwstania» (Adversus haereses, 4, 18, 4–5)”.
21. Żywot wieczny
„Nasza ojczyzna jest w niebie – pisał św. Paweł do Filipian. – Stamtąd też jako Zbawcy wyczekujemy Pana naszego Jezusa Chrystusa, który przekształci nasze ciało poniżone na podobne do swego chwalebnego ciała, tą potęgą, jaką może On także wszystko, co jest, sobie podporządkować” (3,20–21).
Jesteśmy skłonni odbierać życie wyłącznie w sferze widzialnej, zmysłowej, stąd sądzimy, że istnieje wyłącznie to, co widzimy. Tymczasem tak nie jest. Potrzeba oczu duchowych, aby odkryć „drugą” stronę życia. Ono nie kończy się w momencie materialnej śmierci. Bóg nie unicestwia tego, co powołał do istnienia i obdarzył podobieństwem do Siebie, właśnie życie jest pierwszym i największym darem Boga. Wiara mówi, że żyje się tylko raz, ale za to wiecznie. Kiedy w Credo mówimy, że wierzymy w „żywot wieczny”, to wyznajemy, że nie chodzi nam bynajmniej wyłącznie o nieskończoność rozciągniętą w czasie, trwanie bierne, w bezruchu i bez dynamiki. Nic podobnego! Kiedy Pismo święte mówi o „życiu wiecznym”, wiąże go zawsze z życiem we wspólnocie z Bogiem, który jest pełen życia, radości, piękna, szczęścia, miłości. Na ziemi, w ciele materialnym, człowiek jest ograniczany. Pragnie szczęścia i miłości, szuka przyjaźni i radości, ale doznaje ich wyłącznie chwilowo, tymczasowo, po czym następują długie chwile rozczarowania przyjaźnią, utraty radości czy szczęścia. Nie tak będzie w życiu wiecznym. Ten, kto je posiądzie, będzie miał udział w pełni życia Boga. Nasza wyobraźnia nie sięga tak daleko. Jest ograniczona materialnością ciała, stąd konieczne są skrzydła wiary, aby wnieść się ponad ziemską wyobraźnię.
Wiele lat temu – mówi opowiadanie – pewna kobieta poszła do lekarza z całą listą dolegliwości. Lekarz zbadał ją dokładnie i przekonał się, że pod względem fizycznym wszystko z nią jest w porządku. Przypuszczał, że to jej negatywne podejście do życia – zgorzknienie i zadawniona uraza – powoduje jej złe samopoczucie.
Mądry lekarz zaprowadził ją na zaplecze, gdzie trzymał niektóre lekarstwa. Wskazując na półkę z pustymi buteleczkami, powiedział:
– Widzi pani te butelki? Wszystkie są puste. Mają różne kształty, ale w gruncie rzeczy są do siebie podobne. A najważniejsze, że nic w nich nie ma. Mogę wziąć jedną z nich i napełnić trucizną – wystarczającą jej ilością, by zabić człowieka. Albo mogę wlać do niej dość lekarstwa, by obniżyć gorączkę, uśmierzyć pulsujący ból głowy, zwalczyć zarazki w jakiejś części ciała. Istotne jest to, że sam podejmuję decyzję. Mogę napełnić ją, czym zechcę. Spojrzał kobiecie w oczy i dodał:
– Każdy dzień, jaki jest nam dany, w gruncie rzeczy przypomina taką pustą butelkę. Można wypełnić go miłością i pozytywnym nastawieniem do życia albo też destruktywnymi, zatruwającymi życie myślami. Wybór należy do nas. A co wy wybierzecie? Pozytywne, leczące, przychylne życiu myśli? Czy też sączący się jad gniewu, rozgoryczenia i uprzedzeń? Wybór należy do was!
Dzbanem jest życie – teraźniejsze i przyszłe, czas natomiast jest jakby substancją, treścią, którą napełniamy dzban czasu. W wieczności człowiek czerpał będzie z „dzbana” swego życia to, czym napełnił go w życiu ziemskim. Wielu pyta: co będziemy robić w życiu wiecznym? Czy nie będzie nudno? O odpowiedź trzeba zwrócić się do zakochanych, pytając ich, czy nudzą się sobą.
Opowiadanie mówi, że w jednym z miejskich parków, z dala od zgiełku ulic, na jednej z ławek siedziała zakochana para. Młodzi delikatnie trzymali swoje dłonie i patrzyli sobie głęboko w oczy, nic przy tym nie mówiąc. Chłopak tulił czule dłonie dziewczyny i spoglądał na jej rozpromienione policzki. W tym samym parku bawił się mały chłopiec, zbierał kasztany, ponieważ była już jesień. Na chwilę przerwał swoją zabawę i zaczął się przyglądać młodym siedzącym na ławce. Nie mógł zrozumieć, że siedzą tak bez ruchu i patrzą na siebie, nic przy tym nie mówiąc. „Przecież to nudne” – pomyślał chłopczyk i zaczął dalej zbierać kasztany. Kiedy jednak wrócił do domu, zapytał ojca:
– Tato, dziś w parku spotkałem chłopaka i dziewczynę, którzy siedzieli na ławce, trzymali się za ręce i nic nie mówili, tylko patrzyli na siebie. Przecież to dziwne. Jak tak można siedzieć? Ja bym się nudził.
Ojciec zrozumiał, że synek mówi o zakochanych. Popatrzył na niego i rzekł:
– Widzisz, synku, to nie jest takie dziwne i nudne, jak ci się wydaje. Albowiem, gdy się kogoś kocha, wszystko dookoła nabiera głębszego sensu.
Z Bogiem jest analogicznie, a nawet wszystko zwielokrotnione. Przeczuwały radość życia wiecznego dusze mistyczne. Miały „wgląd” w ogrom radości i szczęścia tego, co czeka zbawionych po śmierci. Szanowały życie doczesne, aby jeszcze bardziej przygotować się na wieczne. Także duszom świętym Pan udzielał łaski odczuwania przedsmaku szczęścia, aby mogły się nim dzielić z innymi. Tak np. św. Augustyn przekonywał, że największym szczęściem zbawionych będzie poznawanie i kochanie Boga. „On będzie kresem wszystkich pragnień naszych; On, którego bez końca oglądać będziemy, bez przesytu miłować, bez utrudzenia wychwalać” (Państwo Boże, Kęty 2002, s. 964). Wierzący winien rozbudzać w sobie tęsknotę za wspólnotą z Bogiem w życiu wiecznym. Jest ona źródłem siły do pokonywania trudności dnia codziennego.
22. Amen.
Kończymy wyznawać naszą wiarę, zapisaną w Credo, słowem AMEN. Pytamy się, co ono oznacza? Co chce przekazać? Amen (z hebr. – „niech się stanie”, „wierność”, od rdzenia amint – był mocny) – to uroczysta formuła, która kończyła i zarazem potwierdzała modlitwę lub hymn. Używana była w znaczeniu: „niech tak będzie”.
Zanim podam kilka słów komentarza do tego terminu, opowiem krótką bajkę, którą znalazłem u Kenneth J. Willersa. Mówi on, że dawno, dawno temu pewien człowiek wyruszył w drogę w poszukiwaniu pięknej mistycznej rzeki. Gdy ją odnalazł, usiadł nad jej brzegiem. Napił się z niej; łowił w niej ryby; kąpał się i baraszkował – a nawet omal w niej nie utonął. Przepełniała go radość, że w ogóle znalazł się w jej pobliżu.
Został tam przez wiele dni, słuchając jej mistycznych nauk. Zanim odszedł, zrobił jej zdjęcie i ruszył z powrotem do domu.
Kiedy tam się znalazł, rodzina, znajomi i wszyscy ludzie w miasteczku dostrzegli, że promienieje wielką radością. Chcieli wiedzieć, co przytrafiło mu się nad rzeką. Zadawali mu wiele pytań jej dotyczących i pragnęli zapoznać się z jej mistycznymi naukami.
Człowiek ten rzekł im:
– Musicie sami iść i tego doświadczyć. Musicie sami się jej przyjrzeć, posłuchać jej, poczuć jej smak i zapach, zanurzyć się w niej. Nigdy nie uda mi się w pełni opisać ani wyjaśnić piękna i tajemnicy, których dzięki niej doświadczyłem. Nie da się tego wyrazić słowami. Zaklinam was: idźcie tam! Sami przekonajcie się, jaka jest ta rzeka.
Ale ludzie znaleźli zdjęcie rzeki i zabrali je. Oprawili je w złocone ramy, wybudowali wielki gmach i powiesili je w nim, by można było godzinami się w nie wpatrywać. Widząc to, mężczyzna mocno się zasmucił. Żałował, że w ogóle zrobił to zdjęcie pięknej mistycznej rzeki.
Tyle bajka. Ktoś teraz zapyta, jaki jest jej związek ze słowem amen? Bardzo głęboki. Oczywiście, nasze amen nie jest zdjęciem oprawionym w złocone ramy i powieszonym w wielkim gmachu. Więcej w nim wewnętrznej radości, że oto znalazłem w moim życiu prawdziwe źródło, z którego wypływają wody życia. Artykuły Credo są autentycznie wodami życia – nie tylko duchowego, ale każdego życia na ziemi, którego drogi prowadzą do życia wiecznego. Credo jest niewyczerpanym źródłem pełnego życia, źródłem sensu tego, czego człowiek doświadcza, jego radości i smutków, przyjemności i choroby, dobrobytu i ubóstwa, a nawet czasów wojny. Artykuły Credo komunikują mu, skąd przychodzi, przez co przechodzi i dokąd zmierza.
Wielkie znaczenie wyrażenia amen dostrzegali mędrcy Talmudu. Rabbi Hanina był zdania, że trzy litery, z których zbudowane jest amen (EMN) są też pierwszymi literami El Melech Neeman, czyli „Bóg, Król Prawdziwy, Wierny”. Termin amen stanowiłby zatem potwierdzenie boskiego królestwa (Szabbat 119b). Pośrednio – można powiedzieć – każdy, kto recytuje Credo i wypowiada amen, jest członkiem królestwa Jezusa Chrystusa.
Ale amen nie tylko jest wyrazem prawdy wyznawanej wiary i jej wierności. Jest także wyrazem szczerej wdzięczności Bogu za dar wiary, jest ona bowiem drogą do celu, czyli na spotkanie z Bogiem w niebie, a zawarte w niej treści – są znakami drogowymi. Przestrzegając ich, wierzący nie zbłądzi po krętych i ciemnych drogach historii. 1 Księga Kronik (16,36) sugeruje, że w czasach Króla Dawida, ludzie odpowiadali amen, gdy słyszeli błogosławieństwo: „Niech będzie błogosławiony Jahwe, Bóg Izraela teraz i na wieki”. Wyrażali w ten sposób wdzięczność za obecność Najwyższego pośród siebie. Mówiąc amen, wierzący deklaruje ponadto, że wiernie wypełni to, co wyrzekł. Odpowiednikiem wyrażenia amen byłaby zatem na przykład przysięga żołnierska: „tak jest”, „wypełnię rozkaz”, „wykonam” wiernie to, co zostało mi zlecone i czego jestem świadom.
Po zakończonej recytacji wyznania wiary zaczyna się życie. Ale na drodze życia nie jestem już sam, opuszczony, bez wsparcia, ale jest ze mną Bóg, którego obecność wyznałem w Credo. Świadomość tego jest wielką pomocą w życiu – moim i tych, którzy idą obok mnie, których spotykam albo o których się modlę, bo już odeszli ode mnie do wieczności.
Zakończenie
Treści wiary, które przekazuje Credo, są darem Boga dla człowieka każdego czasu, każdego miejsca i wieku, każdej sytuacji duchowej i społecznej. Są one też świadectwem niezgłębionej bliskości Boga, który jest Dobrocią Miłującą.
Credo nie tylko przekazuje informacje o Bogu, ale komunikuje również Jego obecność. Tworzy więzy jedności Boga z człowiekiem i odwrotnie. Ilekroć więc wyznajemy wiarę w Chrystusa, bierzemy już udział – w sposób znany tylko Bogu – w życiu wiecznym. W wierze zawarte są bowiem treści, które skrywają w sobie moc „życia wiecznego” (por. J 6,68), św. Tomasz z Akwinu doda zaś, że w niej „otrzymujemy zadatek przyszłej chwały”.
Kiedy odmawiamy Credo ¬– indywidualnie lub wspólnotowo, w rodzinie czy w kościele – działa Duch Święty, który jest „zadatkiem naszego dziedzictwa” (Ef 1,14). Jest nam dawany, byśmy już teraz mieli pierwociny przyszłej rzeczywistości i pragnęli jej pełni.
W zakończeniu tej książeczki pragnę umieścić Modlitwę Jubileuszową na rok 2025.
Ojcze, który jesteś w niebie,
niech wiara, którą nam dałeś
w Twoim Synu Jezusie Chrystusie, naszym Bracie,
i płomień miłości
rozlany w naszych sercach przez Ducha Świętego,
obudzą w nas błogosławioną nadzieję
na przyjście Twojego Królestwa.
Niech Twoja łaska przemienia nas
w pracowitych siewców ewangelicznych ziaren,
które będą zaczynem ludzkości i kosmosu,
w ufnym oczekiwaniu
nowego nieba i nowej ziemi,
gdy moce Zła zostaną pokonane,
a Twoja chwała objawi się na wieki.
Niech łaska Jubileuszu
ożywi w nas, Pielgrzymach nadziei,
pragnienie dóbr niebieskich
i rozleje po całej ziemi
radość i pokój
naszego Odkupiciela.
Tobie Boże, błogosławiony po wsze czasy,
niech będzie cześć i chwała na wieki.
Amen
